Centrum im. Adama SmithaPierwszy Niezależny Instytut w Polsce od 16 września 1989 roku

EKONOMICZNY ASPEKT OPODATKOWANIA

Prowadząc w dzisiejszych czasach jakąkolwiek analizę podatkową nie sposób uciec od skojarzeń z książką Richarda M. Weaver’a Ideas Have Consequences.[1] Weaver pisał, że istnieje związek przyczynowo skutkowy między filozofią społeczną i głoszonymi hasłami politycznymi, a sposobem funkcjonowania społeczeństwa, zachowaniami poszczególnych jego członków i całych grup społecznych, a w konsekwencji stanem gospodarki. Jeśli głosimy jakąś ideę, to nie możemy się dziwić skutkom, które ona wywołuje. Rozszerzając tę myśl można stwierdzić, że podobnie jest z podatkami, które, jak idee, też mają swoje konsekwencje. Każdy podatek wywiera bezpośredni wpływ na alokację zasobów w gospodarce i jest źródłem tak zwanego efektu akcyzowego.[2] „Nadmierne podatki sprawiają, że produkty stają się coraz rzadsze w stosunku do pieniądza, którego ilości nie zmniejszył sam fakt istnienia podatku. Ilekroć towary w obiegu stają się rzadsze w stosunku do ilości pieniądza w obiegu, stają się droższe w pieniądzu” – pisał Jean Baptiste Say.[3] Jeżeli coś opodatkowujemy, to, z definicji, tego czegoś jest mniej. Gdy opodatkowujemy dochód, mamy mniejszy dochód, o czym przekonuje się każdy, kto bezpośrednio rozlicza się z fiskusem, a czego mogą nie odczuwać jedynie osoby, za które podatki płaci zakład pracy lub ZUS. Gdy opodatkowujemy oszczędności to też jest ich mniej – a w konsekwencji ilość kapitału dostępnego na rynku jest mniejsza. Państwo zabiera podatnikom tę część dochodów, która mogłaby zostać przez nich zaoszczędzona i przeznaczona na finansowanie rozwoju gospodarczego. Zaś rząd, który przechwytuje pieniądze podatników, kieruje się w swoich decyzjach najczęściej kryteriami politycznymi i finansuje te przedsięwzięcia, które mają szanse uzyskać największy poklask klienteli wyborczej, rokując największą „polityczną stopę zwrotu”. Gdy bezpośrednio opodatkowujemy kapitał, też jest go mniej, albowiem kapitał wybiera takie miejsca inwestycji, w których fiskus nie jest nadmiernie zachłanny, a spodziewane zyski są najwyższe. Jak zmniejsza się ilość kapitału, którym można finansować inwestycje, to ilość inwestycji zostaje ograniczona. Mniejsze inwestycje z kolei to zmniejszenie ilości pracy dostępnej na rynku. Gdy dodatkowo opodatkowujemy tę pracę, bezpośrednio, czy w jakiś sposób pośredni (składki na ZUS), stawką dochodzącą w skrajnych przypadkach do 100% wysokości zarobków netto, to tej pracy jest jeszcze mniej. Jak jest mniej pracy, to bezrobocie jest większe, a w konsekwencji mniejszy jest popyt wewnętrzny. Jeśli równocześnie opodatkowujemy konsumpcję (VAT, cło akcyza), to popyt zmniejsza się jeszcze bardziej. W rezultacie zmniejsza się też produkcja, na którą brakuje zbytu, a zatem zmniejsza się jeszcze bardziej zapotrzebowanie na siłę roboczą i jeszcze bardziej rośnie bezrobocie. Tempo wzrostu gospodarczego maleje. Dochody budżetu spadają, a pogarszająca się sytuacja rodzi presję społeczną na zwiększenie wydatków socjalnych – a więc wydatki budżetu rosną. Rośnie też deficyt budżetowy, którego sfinansowanie pochłania coraz większą część i tak zbyt niskich oszczędności. To sprawia, że mimo spadającej inflacji stopy procentowe są nadal wysokie - koło przyczyn i skutków się zamyka, stagnacja gospodarcza przybiera na sile. 

Jak zauważył Jean-Baptiste Say „podatki stanowią pewnego rodzaju dodatek do kosztów produkcji i w skutkach są sprzeczne z postępem przemysłu (…) Zwiększając cenę produktów, podatek zmniejsza konsumpcję, a w konsekwencji i popyt ze strony konsumentów”.[4] Na skutek opodatkowania „powstaje zmniejszenie popytu na przedmioty, których już nie można konsumować, mianowicie na te, na które jest nałożony podatek; ze zmniejszenia zaś popytu wynika ograniczenie produkcji, a co za tym idzie ograniczenie masy podatkowej. Powstaje więc strata dla podatnika na części jego użytków, dla producenta na części jego produktów i dla skarbu na części jego dochodów.” [5] Kiedy nakłada się podatek na sukno, jako na przedmiot konsumpcji, konsumpcja wełny zmniejsza się i rolnik hodujący owce doznaje uszczerbku na swoim dochodzie, podobnie jak właściciel pastwiska, na którym wypasane są owce (jeśli, co się zdarza, nie jest nim sam rolnik) fabrykant, wytwarzający z wełny sukno, kupiec, który tym suknem handluje i inwestor, który zainwestował swój kapitał w fabrykę lub sklep. „Każdy podatek szkodzi reprodukcji, szkodząc akumulacji kapitałów produkcyjnych.”[6] Najbardziej zaś szkodzi płacenie podatku z wykorzystaniem części tych kapitałów, które są przeznaczone do produkcji. Jak pisał cytowany przez Saya Sismondi, można go porównać do dziesięciny, którą by wybierano z ziarna siewnego, zamiast żniwnego”.[7]

Z kolei Ludwik von Mises pisał, sto lat po Say’u, że w przeszłości jakiś pomysłowy przedsiębiorca mógł rozpocząć nowy projekt gospodarczy dysponując niewielkimi nawet funduszami. Gdy odniósł sukces mógł zainwestować zarobione pieniądze. Z czasem przekształcał się nawet w dużą korporację stając się poważnym konkurentem dla już działających przedsiębiorstw. Nowe firmy wymuszały elastyczność tych, które już były zasiedziałe na rynku. Dziś natomiast podatki dochodowe pochłaniają taką ilość kapitału, że nowi przedsiębiorcy, nawet jak mają ciekawe pomysły i produkty, przebijają się z większym trudem, o ile w ogóle i są najczęściej skazani na pozostanie na zawsze małymi przedsiębiorcami. Przykład amerykańskiego Microsoftu jest raczej jednym z wyjątków potwierdzających regułę. System podatkowy osłania więc istniejące przedsiębiorstwa przed nową konkurencją. Cieszą się one tym szczególnym przywilejem polegającym na utrudnianiu przez państwo konkurencji jak długo zadawalają się utrzymywaniem swoich interesów na tradycyjnym kursie i nie grożą politycznemu establishmentowi. „We wszystkich krajach opracowuje się ustawy podatkowe tak, jakby głównym celem podatków było zahamowanie akumulacji nowego kapitału...” – dziwił się von Mises.[8]

Podatki mają konsekwencje. Zły podatek od nieruchomości był przyczyną secesji Niderlandów od Hiszpanii w XVI wieku, a obecnie jest przyczyną upadku centrów wielu miast amerykańskich. Złe podatki były też przyczyną „tej osobliwej łatwości z jaką mahometanie dokonali swoich zdobyczy” – jak pisał Monteskiusz. „W miejsce nieustannych udręczeń, jakie wymyśliła chciwość cesarzy, ludy spotykały się z daniną prostą, łatwą do płacenia i do ściągania: wolej im było podlegać barbarzyńcom, niż skażonemu rządowi.”[9] Typowo podatkowy Przywilej Koszycki z roku 1374, w którym Ludwig Węgierski zagwarantował szlachcie nie nakładanie, bez jej zgody, żadnych dodatkowych podatków ponad stały podatek wynoszący 2 złote z łana miał kardynalne znaczenie dla całej polskiej historii. Zapoczątkował rozwój sejmowładztwa i tak zwanej Rzeczpospolitej Szlacheckiej. Wielokrotnie w zamian za zgodę na nałożenie podatków ponad określony limit szlachta domagała się nowych praw i często je uzyskiwała. Pokazuje to jak newralgiczne znaczenie mają podatki nie tylko dla życia gospodarczego, ale także i dla politycznego. Bez Przywileju Koszyckiego nie byłoby wielu innych praw ograniczających uprawnienia króla oraz chłopów i mieszczan na rzecz szlachty.

Wszystkie rządy, zarówno te despotyczne, jak i obecnie demokratyczne, pomijają długofalowe konsekwencje podejmowanych przez siebie decyzji gospodarczych w tym także, a może przede wszystkim podatkowych. Henry Hazlitt w wydanej w roku 1946, wielokrotnie wznawianej i tłumaczonej na kilkanaście języków, książce Ekonomia w jednej lekcji postawił tezę, że powodem błędów w ekonomii są z jednej strony wewnętrzne trudności samego przedmiotu, ale „po tysiąckroć pomnaża je działanie czynnika, który nie odgrywa roli w, na przykład, fizyce, matematyce czy medycynie – jest nim specjalne zaangażowanie ze strony egoistycznych interesów”.[10]Uzupełnia je drugi czynnik, którym jest „trwała skłonność ludzi, by widzieć tylko bezpośrednie skutki danej polityki, jakie przynosi ona konkretnej grupie, zaniedbywać zaś badanie odległych jej skutków - nie tylko dla danej grupy, ale dla wszystkich”.[11] Błąd ten polega więc na pomijaniu wtórnych konsekwencji. Tragedia zaś polega na tym, że „już dziś cierpimy z powodu długoterminowych skutków programów podejmowanych w odległej czy bliskiej przeszłości. Dzień dzisiejszy, to jutro, które wczoraj lekceważyli źli ekonomiści”.[12] Hazlitt przypomina przypowieść Frederica Bastiata o wybitej szybie z jego słynnej książeczki Co widać i czego nie widać.[13] Wszystkim pocieszającym mieszczanina, którego syn wybił szybę, że jest w tym jakaś korzyść społeczna, bo przecież szklarz tez musi zarobić, Bastiat odpowiada, że zarobek szklarza od razu widać. Nie widać natomiast, że skoro mieszczanin wydał na szklarza, to tych samych pieniędzy nie wyda na coś innego – na przykład buty, albo książki.[14] Podobnie jest z podatkami. Jeśli rząd obłoży jakiś towar wyższym podatkiem, co skutkuje zazwyczaj podwyższeniem jego ceny, to albo kupujący wyda więcej na jego nabycie, rezygnując z oszczędzania lub z nabycia jakiegoś innego towar, albo zrezygnuje z nabycia towaru wyżej opodatkowanego. W każdym razie jacyś producenci stracą przychód, który by uzyskali gdyby rząd nie podwyższył podatków. I vice versa. Obniżenie podatków powoduje obniżenie ceny opodatkowanego towaru. Jego nabywcy zyskują środki na oszczędności lub na wydatki na inne towary. Korzyści odnoszą wytwórcy tych towarów, albo zwiększają się zasoby oszczędności, a więc wzrasta podaż kredytów i spada ich cena – czyli stopa procentowa. 

Jak pisał Jean-Baptiste Say, „skutek ławo odróżnić od przyczyny, jeżeli przyczyna poprzedza skutek, ale kiedy ich działanie jest ciągłe i trwają one równocześnie, to skutek można przyjąć za przyczynę”.[15] W ekonomii każdy czyn nie pociąga zwykle jednego a wiele następstw. Z nich jedne są natychmiastowe – te widać, a inne pojawiają się stopniowo – tych nie widać. Ważne, żeby można było je przewidzieć. Między złym a dobrym ekonomistą jest tylko jedna różnica: pierwszy dostrzega i bierze pod uwagę tylko skutki widoczne i bezpośrednie, drugi przewiduje również odległe.[16]

Twierdzenia te odnoszą się, co prawda, do teorii ekonomicznych, ale z równym powodzeniem można je zastosować do oceny różnych koncepcji podatkowych, których autorzy, podobnie jak ekonomiści, występując w służbie różnych grup interesów, lansują różne koncepcje podatkowe, abstrahując od ich długofalowych skutków dla całej gospodarki. Jak twierdzi Hazlitt, „na każdy dolar, wydawany na inwestycje rządowe przypada dolar odbierany podatnikom (...) Jeżeli rząd buduje most to widzimy ludzi zatrudnionych przy jego budowie, widzimy postępy ich pracy (...) Ale są inne rzeczy, których nie widzimy, ponieważ - niestety - nie pozwolono im powstać (...) Opodatkowanie na cele publicznego budownictwa niszczy w innych gałęziach gospodarki tyle miejsc pracy, ile tworzy w budownictwie. Przynosi także skutek w postaci prywatnych domów, których się nie buduje.”[17]Współcześnie podobny pogląd wypowiada Milton Friedman. Jego zdaniem, „jakkolwiek by rząd nie zdobywał pieniędzy, które wydaje, to towary i usługi, które kupuje lub, które kupowane są przez ludzi, którym rząd przekazuje pieniądze, nie mogą być skutkiem tego użyte w innym celu”.[18] Twierdzenia te prowadzą Hazlitt’a do konkluzji: „musimy podjąć specjalny wysiłek wyobraźni - a wydaje się, że zdolni są do niego nieliczni - aby przyjrzeć się drugiej stronie zapisów księgowych”.[19]

Nie ulega wątpliwości, że system podatkowy powinien nie tylko przynosić dochody państwu, ale także sprzyjać, a przynajmniej nie szkodzić, przedsiębiorczości i wzrostowi gospodarczemu. Wątpliwości budzi natomiast jak osiągnąć optymalny rezultat ekonomiczny w sytuacji, gdy podatki używane są jako instrument redystrybucji dochodu narodowego. Stosowanie rachunku ekonomicznego do podatkowania wymaga uświadomienia, że na wzroście gospodarczym korzystają wszyscy, a relatywnie najbardziej ci najbiedniejsi. Dlatego ekonomia odgrywa, a przynajmniej powinna odgrywać, bardzo ważną rolę w myśleniu o podatkach. Z jednej strony, wysokość wpływów podatkowych jest przecież pochodną tempa wzrostu gospodarczego. Przy stałych, a nawet zmniejszających się stawkach podatkowych można osiągać coraz większe wpływy budżetowe, jeżeli gospodarka wykazuje odpowiednio wysokie tempo wzrostu. Z drugiej strony, zły system podatkowy często bywa ważnym powodem spowolnienia tempa wzrostu gospodarczego. W rezultacie, przy niezmienionych stawkach podatkowych wpływy z podatków maleją, a często nawet zwiększenie stawek podatkowych nie prowadzi do zwiększenia wpływów. Wręcz przeciwnie – powoduje dalsze wyhamowanie tempa wzrostu gospodarczego, ergo– dalsze zmniejszenie wpływów. Rozważaniom ekonomistów na temat podatków trzeba więc poświęcić szczególną uwagę. 

 

1. Szkoły ekonomiczne a koncepcje podatkowe 

Mogłoby się wydawać, że debata na temat ekonomicznych aspektów opodatkowania nie powinna być specjalnie trudna, gdyż o opłacalności i efektywności opodatkowania powinien decydować prosty rachunek matematyczny. Niestety tak nie jest. Sama ekonomia, a raczej ekonomiści, nie są w tym zresztą bez winy tocząc spór o to, czym w ogóle ekonomia jest, w szczególności czy jest ona nauką normatywną, czy też nie. Trudno uznać bezwzględną poprawność stanowiska jakiejś grupy ekonomistów na temat podatków. Jednakże wiedza o ich poglądach na samą ekonomię może ułatwić ocenę ich stanowiska w sprawie podatków – dlatego należy zagadnieniu temu poświęcić nieco więcej uwagi.

Jak twierdzi Jacob T. Schwartz[20] ekonomia jest teorią dotyczącą mechanizmów, przy pomocy których społeczeństwo skłania swych członków do aktywności produkcyjnej i dzieli owoce tej aktywności. Jego zdaniem, żadne społeczeństwo nie może funkcjonować bez jakiejś jednoczącej i ogólnie akceptowanej ideologii ekonomicznej. Aby skłonić społeczeństwo do określonego sposobu podejścia ekonomicznego potrzebny jest usystematyzowany kompleks teorii zbudowanych na gruncie przekonywujących przesłanek moralnych i pragmatycznych. Zdaniem Alejandro Chafuena odkrycia nauk ekonomicznych doprowadziły do sformułowania polityki ekonomicznej, która jest „uformowaniem porządku ekonomicznego według porządku prawnego”[21]nie stroni więc od wartościowania, gdyż, jak twierdzi Lionel Robbins, „musi czerpać swoje ostateczne kryteria spoza ekonomiki”.[22] Kryteria te wskazuje doktryna ekonomiczna. Wpływa ona na wybór celów ekonomicznych, dotycząc tego, jaki powinien być porządek ekonomiczny i jest przez to bliska etyce ekonomicznej. Jak powiadał Ludvig von Mises, „sfera etyki nie jest czymś, co pozostaje na zewnątrz tego, co stanowi aktywność ekonomiczną. Nie można zajmować się problemami etycznymi bez odniesienia do kwestii ekonomicznych i na odwrót”.[23] Moralne oceny wywierają wpływ na sądy ekonomiczne i vice versa – same pozostają pod wpływem sądów ekonomicznych. Jednak żadna ocena moralna nie może unieważnić praw ekonomicznych. Z drugiej strony, ekonomia nie może zmienić podstaw etyki, gdyż, „usprawiedliwienie jakiegoś sądu wartościującego wychodzi poza stwierdzenie ważnych faktów o obiekcie, który jest osądzany”.[24] Może jednak pomóc, uważa Chafuen, w rozwiązaniu zagadnień moralnych, które wydają się problematyczne lub, co najmniej, nie poddają się rozwiązaniu przez sam argument moralny.[25] Przywołuje on pogląd, że „od ekonomisty, jako specjalisty na własnym obszarze analizy ekonomicznej, trudno byłoby oczekiwać, aby był jednocześnie wykwalifikowanym ekspertem w dziedzinie filozofii, religii, prawa, polityki, psychologii, etyki itd.; i dopóki nie stanie się takim ekspertem, nie będzie zbyt kompetentny, aby wydawać wartościujące sądy w tych dziedzinach.”[26] To samo twierdzenie można odnieść do moralistów pragnących wydawać wartościujące sądy dotyczące kwestii ekonomicznych, którzy nie posiadają specjalistycznego wykształcenia w tej dziedzinie – konkluduje Chafuen.[27]

Według von Misesa, ekonomia jest teoretyczną nauką uniwersalną, a jej aprioryczne prawa z natury rzeczy nie mogą zależeć od historycznych okoliczności. „Jej zadaniem nie jest informowanie ludzi, do jakiego celu winni dążyć. Jest to nauka o środkach, które winny być zastosowane do osiągnięcia wybranego celu, a nie nauka o wybieraniu celów”.[28] Jego zdaniem, swą wyjątkową i unikalną pozycję w sferze czystej wiedzy i praktycznego jej zastosowania zawdzięcza ekonomia temu, że jej poszczególne tezy nie podlegają ani weryfikacji, ani falsyfikacji na podstawie doświadczenia. Oczywiście postępowanie oparte na poprawnym ekonomicznie wnioskowaniu przynosi zamierzone efekty, a oparte na błędnym wnioskowaniu – nie. Wyniki ekonomicznego rozumowania nie mają nigdy „tej niepodważalnej, przekonywującej mocy, co eksperymentalne fakty występujące w naukach przyrodniczych. Ostatecznym probierzem słuszności lub niesłuszności ekonomicznego twierdzenia jest wyłącznie rozum nie poparty doświadczeniem”.[29] Albowiem to, „co jest sprzeczne w teorii, jest nie mniej sprzeczne w rzeczywistości”.[30] Nie trzeba czekać, aż dadzą o sobie znać zgubne dla gospodarki skutki socjalizmu, by orzec, że jego propagatorzy nie mają racji, a głoszone przez nich koncepcje muszą doprowadzić każdą gospodarkę do ruiny. 

Rzecznicy nowej ekonomii podaży także utrzymują, że najważniejsza jest zawsze sama idea. Ponieważ umysł ludzki zdolny jest do nieustannego wytwarzania nowych idei, myśliciel musi dokonywać nieustannego wyboru, w które z nich ma wierzyć. Tak jak przy wyborze kobiety – pisze George Gilder – „musi działać, zanim ją naprawdę pozna”.[31] Każda myśl twórcza jest wynikiem przekonania, że właśnie ją należy wybrać. W pewnym sensie jest ona quasi-religijnym aktem wiary. Lecz nie wszystkie idee, jak kobiety, się sprawdzają. Aby się o tym przekonać, trzeba najpierw spróbować. Logiką twórczości jest zasada: „skacz, zanim zobaczysz”. Nie można w pełni ujrzeć nic nowego ze starego miejsca. Maksyma: „zobacz, zanim skoczysz” prowadzi jedynie do nieustannego obracania się w zamkniętym kręgu starych idei. Osiągnięcie sukcesu, wymaga ryzyka. „Aby zdobyć wzgórze, ktoś musi pierwszy zdecydować się zaatakować nieprzyjacielski bunkier”.[32] A bunkrem tym są, między innymi, poglądy neokeynesistów na zagadnienia podatkowe, które traktują oni niczym biblijny dogmat. 

Z kolei Lionel Robbins zdefiniował ekonomię jako „naukę, która bada zachowania człowieka jako związek pomiędzy celami i niewystarczającymi środkami, mającymi alternatywne zastosowania”.[33] Carl Menger twierdzi zaś, że ekonomia jest nauką teoretyczną, której zadaniem jest badanie i opisywanie ogólnej natury i zasadniczych związków zjawisk ekonomicznych.[34] Z wielu innych definicji ekonomi również wynika, że nie jest ona nauką normatywną. Jej zadaniem jest po prostu wyjaśnianie związków przyczynowo-skutkowych różnych zjawisk ekonomicznych. Milton Friedman w swojej definicji ekonomii, a zwłaszcza jej zadań jako nauki, opiera się na swoistej metodologii, którą określa mianem pozytywnej. Nasuwa to oczywiście jednoznaczne skojarzenie z pozytywistyczno-pragmatyczną tradycją filozofii europejskiej. Wiedza traktowana jest tu jak instrument służący człowiekowi do opanowania środowiska, w którym żyje. Wywodzi się ona ze stałej interakcji człowieka z innymi ludźmi i przyrodą, nie będąc bynajmniej czysto intelektualnym fenomenem tworzonym i weryfikowanym przez tkwiący ponad rzeczywistością umysł. „Pozytywna nauka ekonomii – pisze Friedman – jest w zasadzie niezależna od etycznej postawy i sądów wartościujących (...) Traktuje ona o tym, co jest, a nie o tym, co być powinno. Jej zadaniem jest dostarczenie systemu hipotez służącego do sformułowania prawidłowych prognoz o konsekwencjach zachodzących zmian. Jakość jej funkcjonowania ocenia się na podstawie precyzji, skali jej zastosowania i empirycznej weryfikacji prognoz przez nią dostarczonych. Mówiąc w skrócie, ekonomia pozytywna jest, a przynajmniej powinna być, nauką obiektywną dokładnie w takim samym sensie, jak nauki przyrodnicze”.[35] W rozważaniach ekonomicznych należy jak najprecyzyjniej oddzielić wartościujące twierdzenia normatywne od objaśniających rzeczywistość twierdzeń pozytywnych. Ekonomia musi skoncentrować się na tworzeniu hipotez dotyczących przebiegu zjawisk gospodarczych. Jedynym kryterium prawdziwości wysuniętych przez nią prognoz jest ich zgodność z rzeczywistością. Hipotezy muszą być formułowane w taki sposób, by można je konfrontować z faktami. Gdyby teorie miały służyć jedynie systematyzacji naszej wiedzy i ułatwianiu analizy myślowej, mogłyby być oceniane na podstawie ich logicznej spójności, kompletności i precyzji sformułowań. Teorie będące zbiorem hipotez dotyczących przebiegu konkretnych zjawisk gospodarczych muszą być oceniane według ich „siły predykcji”, a więc „siły przewidywania względem tej klasy zjawisk, które zamierzają wyjaśniać. Tylko fakty mogą pokazać, czy teorie są słuszne, czy nie (...) A jedynym testem słuszności hipotezy jest jej empiryczna weryfikacja. Hipoteza jest odrzucona, jeżeli jej przewidywania są zaprzeczone (...); jest zaś akceptowalna, jeżeli jej przewidywania nie są zaprzeczone”.[36] Jeśli jednak rzeczywistość zgadza się z postawionymi prognozami, to nie jest to jeszcze dowód ich prawdziwości. Badanie empiryczne nie stanowi ostatecznego potwierdzenia hipotezy teoretycznej, może ją, co najwyżej, obalić lub uprawdopodobnić.[37] Inaczej niż von Mises, Friedman jest przekonany, że teorie ekonomiczne podlegają praktycznej weryfikacji. Dlatego podstawowym zadaniem działalności naukowej jest nieustanny proces falsyfikacji, rozumiany jako próba obalania własnych teorii, które są tym wartościowsze, im więcej prób sfalsyfikowania wytrzymały. Poznanie ma charakter procesualny, a nie jednorazowy. Wiedza ostateczna, o ile w ogóle jest możliwa, stanowi odległy punkt docelowy. W praktyce oznacza to, że nie posiadając wiedzy absolutnej musimy zadowolić się tą najlepiej funkcjonującą. Trudno jednak falsyfikować poglądy, którym odmawia się racji bytu, zarzucając im, a priori, iluzoryczność, jak to miało miejsce przez lata z koncepcją podatku liniowego. 

Według węższej definicji, ekonomia jest wyspecjalizowaną nauką społeczną, zajmującą się produkcją i alokacją dóbr materialnych. Przy takiej wąskiej definicji, niektóre współczesne prace ekonomiczne, na przykład te, które nawiązują do teorii gier, mogły być postrzegane jako badania matematyczne, lokujące się blisko granic ekonomii. Ale dzisiaj ekonomiści definiują swoją dziedzinę znacznie szerzej, jako analizę różnych inicjatyw we wszystkich instytucjach społecznych. Na niejednoznaczność definicji ekonomii wskazywał już Antoine-Augustin Cournot gdy pisał, że: „z punktu widzenia czystej etymologii, wszystko, co dotyczy organizacji społeczeństwa należy do dziedziny ekonomii politycznej; ale zwyczajem stało się używanie tego terminu w znacznie węższym znaczeniu ... [jako nauki] zajmującej się przede wszystkim materialnymi potrzebami rodzaju ludzkiego.”[38] W rzeczy samej, pojęcie ekonomii zostało po raz pierwszy użyte przez starożytnych greckich filozofów, których interesowały wszystkie instytucje cywilizowanego społeczeństwa, którzy nie uczynili studiowania wyłącznie rynków przedmiotem naukowej specjalizacji. Ale w następnych stuleciach rosła liczba autorów rozwijających teorie matematyczne dotyczące wzrostu i alokacji produktu narodowego. Produkcja i dystrybucja dóbr materialnych łatwiej poddawały się bowiem analizie matematycznej, niż inne aspekty stosunków społecznych, ponieważ przepływy środków pieniężnych i towarów na rynku łatwo było wyrazić w liczbach. Dopiero od końca XIX wieku teoretycy ekonomii zaczęli pracować nad stworzeniem bardziej dogłębnej teorii czynników determinujących popyt i podaż, opartej na modelach racjonalnych, konkurencyjnych decyzji producentów i konsumentów. Wówczas naturalnym stało się zastosowanie takiej samej analizy do innych aspektów stosunków społecznych, niż produkcja i alokacja dóbr materialnych, co wymagało bardziej ogólnych ram analitycznych. Zmiana ta dokonała się głównie za sprawą wkładu, jaki wnieśli do ekonomii autorzy zajmujący się teorią gier. Na przełomie lat dwudziestych i trzydziestych XX wieku ciekawe wyzwanie rzucili ekonomistom matematycy: John von Neumann i Oskar Morgenstern, tworząc podstawy tak zwanej ekonomii matematycznej. Pierwszy z nich w swej teorii racjonalnego zachowania wysunął sugestię, że do rozwiązywania problemów ekonomicznych można zastosować reguły właściwe dla matematycznej teorii gier.[39] Cytowany już Cournot wskazał, iż podejmowanie decyzji gospodarczych upraszcza się w dwóch sytuacjach: gdy nie ma innych podmiotów lub gdy jest ich bardzo dużo.[40] Robinson Crusoe na bezludnej wyspie nie musi myśleć o innych. To samo można powiedzieć o piekarzach i rzeźnikach z przykładów podawanych przez Adama Smitha. Jest ich tylu, że ich działania efektywnie się kompensują. Dlatego Smith zakładał, że w warunkach doskonałej konkurencji na rynku działa tylu kupujących i sprzedających, że żaden z nich nie musi w swoich decyzjach kierować się swoimi przypuszczeniami o reakcjach pozostałych na swoje własne działania. W dobie magafuzji i coraz aktywniejszej polityki państwa, gdy w grze bierze udział niewielu graczy, każdy musi brać pod uwagę reakcje pozostałych i starać się realizować optymalną strategię postępowania. Gdy jest więcej niż jeden podmiot podejmujący decyzję, ale jest ich nie tak wiele, aby można było zignorować ich wzajemne relacje, pojawia się problem wzajemnego uwarunkowywania podejmowanych decyzji. Rozwiązaniem tego problemu zajęła się właśnie teoria gier. „Dowolne zdarzenie – pisał von Nueman – gdy znane są warunki zewnętrzne i osoby uczestniczące (pod warunkiem, że działają zgodnie z własną wolą) można uważać za grę strategiczną jeśli analizujemy jaki ma efekt dla uczestników. (...) Jest to podstawowy problem klasycznej ekonomii: jak zachowa się absolutnie egoistyczny homo economicus w ustalonych okolicznościach zewnętrznych”.[41] Z kolei Morgenstern zaczął swoje badania od wykazania, że przewidywania ekonomiczne są skazane na niepowodzenie, gdyż, w przeciwieństwie do, na przykład astronomii, przewidywania w ekonomi wpływają na bieg zdarzeń.[42] W roku 1944 wspólnie wydali oni książkę The Theory of Games and  Economic Behavior,[43] która stała się kamieniem węgielnym nowego spojrzenia na ekonomię poprzez zastosowanie do analizy ekonomicznej matematyki i języka logiki, a zwłaszcza teorii zbiorów i kombinatoryki. Autorzy impliciteporównali swoją pracę do Principia Newtona, a próbę oparcia ekonomii na matematycznych zasadach zestawili z newtonowską matematyzacją fizyki za pomocą rachunku różniczkowego.[44] Stwierdzili oni, że najlepszym instrumentem do stworzenia nowej, racjonalnej teorii zachowań ekonomicznych powinna się stać teoria gier, a „różne aspekty typowych problemów zachowań ekonomicznych można ściśle utożsamiać z matematycznymi pojęciami odpowiednich gier strategicznych”.[45] Wytyczyli oni nowy kierunek badań w ekonomii spoglądając na gospodarkę oczami gracza w pokera, który musi dokonywać racjonalnego rachunku zysków i strat, opartego na wewnętrznie spójnym systemie wartości („lepiej jest mieć więcej niż mniej”). Podobnie jak w pokerze, tak i w ekonomii, wyniki poszczególnych graczy nie zależą jedynie od ich własnych działań, ale również od niezależnych decyzji pozostałych uczestników gry i wymiany rynkowej. Ich praca nie dawała jednak rozwiązania kilku istotnych problemów związanych z zastosowaniem teorii gier do zachowań społecznych i do gospodarki, gdyż koncentrowała się jedynie na grach dwuosobowych o sumie zero, czyli takich, w których „moja wygrana jest twoją przegraną”, chociaż, według Grzegorza Lissowskiego, trafniejsze byłoby nazywanie ich grami o sumie stałej, gdyż choć zwiększenie korzyści jednego z graczy jest równoważone taką samą stratą drugiego lub pozostałych graczy, to jednak łączny bilans dla wszystkich graczy nie musi być równy zero.[46] W The theory of Games rozważania poświęcone grom o sumie niezerowej zredukowane zostały de facto do gier o sumie zerowej, poprzez wprowadzenie osoby fikcyjnego, dodatkowego gracza, który absorbował nadwyżkę lub uzupełniał deficyt. Rozważania na temat wieloosobowych gier niekooperacyjnych także zostały potraktowane w sposób marginalny, gdyż autorzy nie potrafili wykazać, że dla gier takich istnieje w ogóle jakieś rozwiązanie.[47]

W tym czasie dużą popularnością cieszyły się zapatrywania ekonomiczne, zgodnie z którymi istotę relacji gospodarczych stanowi rywalizacja, a nie współpraca. Przesłanką tego sposobu myślenia stała się teoria Francis’a Ysidro Edgeworth’a, który jako pierwszy sformułował problem przetargu ekonomicznego z matematycznego punktu widzenia. Odrzucił on tradycję Smitha, rozpowszechniając przekonanie, że ludzie kierują się w swym postępowaniu jedynie prostym rachunkiem zysków i strat. Przyjął, że „świat konkurencji ma pewne właściwości, które szczególnie sprzyjają analizie matematycznej, a mianowicie nieokreśloną wielokrotność i podzielność, analogicznie do nieskończoności i infinitezymalności, które tak ułatwiają znaczną część fizyki matematycznej”.[48] Stworzony przez niego model matematyczny dobrze pasował do opisu zachowań rywalizacyjnych, w których czyjaś wygrana stanowi jednocześnie przegraną kogoś innego. Zawodził jednak w sytuacji, w której podejmowana była współpraca, oraz w grach niezerosumowych, gdy wszyscy uczestnicy gry mogli coś wygrać. Nie mógł więc mieć dobrego zastosowania do gospodarki, gdyż wymiana rynkowa z założenia ma być korzystna dla obu stron, a ważnym jej elementem jest możliwość znalezienia jakiegoś kompromisu pomiędzy stronami. Teorię ekonomii bardziej wzbogaciła teoria gier, w których, jak stwierdził Thomas Schelling, „wzajemna zależność jest częścią logicznej struktury i wymaga pewnej współpracy lub wzajemnych ustaleń – jeśli nie jawnych to przynajmniej cichych – choćby tylko po to, aby uniknąć obustronnej katastrofy”.[49] Są to gry kooperacyjne. Gracze mogą się kontaktować, dyskutować sytuację, przyjmować wspólną strategię działania, zawierać koalicje i umowy, których dotrzymanie może być wyegzekwowane. Ekonomiści mieli jednak poważne zastrzeżenia, co do przydatności teorii gier kooperacyjnych do analiz ekonomicznych. Jak pisał Keneth Arrow: „Rzeczywiście istniała teoria gier kooperacyjnych. Nie mogłem jednak zmusić drugiej strony do kooperacji”.[50] Dlatego z biegiem czasu coraz ważniejsza dla badań ekonomicznych stawała się analiza niekooperacyjnych i niezerosumowych gier n-osobowych. 

Praktyczne zastosowanie teorii gier w ekonomii umożliwiły twierdzenia sformułowane przez Johna Nash’a, którego biografia stała się osnową nagrodzonego czterema Oskarami filmu Piękny umysł. Był on jednym z trzech laureatów Nagrody Nobla w dziedzinie ekonomii z roku 1994 za „pionierskie analizy równowagi w teorii gier niekooperacyjnych”. Jak pisze Roger B. Myerson teoria Nasha winna być uznana za jeden z najwybitniejszych intelektualnych kroków naprzód dokonanych w dwudziestym wieku. Sformułowanie równowagi Nasha miało fundamentalny i wszechobecny wpływ na nauki ekonomiczne i społeczne, porównywalny do tego, jaki odkrycie podwójnej helisy DNA wywarło na nauki biologiczne.[51] O ile von Neuman i Morgenstern zakładali, że ludzie są istotami społecznymi, które zawsze współpracują ze sobą, o tyle Nash myślał o ludziach jako niezależnych jednostkach, działających zupełnie samodzielnie i reagujących na indywidualne bodźce. W swojej „noblowskiej” autobiografii zauważył, że jego koncepcje „odbiegały nieco od linii” von Neumana i Morgensterna.[52] „Nash udowodnił – jak pisze Sylvia Nasar – że zdecentralizowany proces podejmowania decyzji może być spójny, dając ekonomii zmodernizowaną, znacznie bardziej wyrafinowaną wersję słynnej niewidzialnej ręki Smitha”.[53]

Celem stosowania metod matematycznych do ekonomii jest „sprowadzenie różnych teorii do wspólnego tygla wyznaczonego przez gramatykę, którą jest matematyka”[54] Jacob T. Schwartz przyznaje jednak, że precyzyjny charakter aksjomatycznych formalizmów matematyki osiągnięty jest kosztem głębokiego rozdziału ze światem realnym. Dlatego o wyższości matematycznego sposobu myślenia w zastosowaniu do praktyki życia codziennego możemy mówić tylko wówczas, gdy myślenie to jest oparte na całkowicie niewątpliwym modelu interesującego nas fragmentu rzeczywistości. Tylko bowiem doświadczenie empiryczne może potwierdzić zgodność modelu z rzeczywistością. Tymczasem każde zastosowanie matematyki do ekonomii wiąże się z przyjęciem określonego modelu świata, a każdy taki model jest zawsze tylko jednym z możliwych. Matematyka może więc się przyczynić do lepszego zrozumienia zjawisk ekonomicznych, aczkolwiek wyniki uzyskane dzięki zastosowaniu teorii matematycznych w odniesieniu do gospodarki nie są bynajmniej bezsporne. Zwolennicy komplikowania przepisów podatkowych mają jednak argument przemawiający za taką komplikacją. Systemy podatkowe mają bowiem – ich zdaniem – odwzorowywać rzeczywistość, tak, jak to robią stosowane w ekonomii modele matematyczne. Tymczasem współcześni przedstawiciele szkoły austriackiej nie bez przyczyn6y podkreślają, że sam fakt wzięcia w budowanym modelu pod uwagę większej ilości czynników i zmiennych nie gwarantuje bynajmniej poprawności osiągniętego wyniku prowadzonej za jego pomocą analizy. Dlatego nie można pominąć konstrukcji myślowych, „które pozwalają dostrzec istotę zjawiska ekonomicznego poniżej jego oszałamiającej złożoności, a nie modele, które złożoność tę tylko odzwierciedlają”.[55] I odnosi się to jak najbardziej do systemów podatkowych.

 

2. Gospodarka: organizm czy mechanizm

Prowadząc jakikolwiek dyskurs na temat ekonomicznych konsekwencji opodatkowania konieczne jest dokonanie wyraźnego wyboru paradygmatu myślowego. Słowo „paradygmat” jest jednym z najważniejszych słów w filozofii politycznej i ekonomicznej. Oznacza powszechnie przyjęty sposób postrzegania rzeczywistości w danej dziedzinie naukowej. We współczesnej makroekonomii dominuje paradygmat oparty na przekonaniu, że gospodarka jest pewnego rodzaju mechanizmem. Zdaniem Krzysztofa Dzierżawskiego mechanistyczny model gospodarki ma dwie poważne zalety: po pierwsze - w prosty sposób wyjaśnia skomplikowaną rzeczywistość ekonomiczną; po drugie - pozwala politykom i ekonomistom wierzyć, że gospodarką da się stosunkowo łatwo sterować, o ile posiadło się odpowiednią wiedzę teoretyczną o podstawach funkcjonowania tego mechanizmu. Wystarczy wskazać lokomotywę, a następnie dostarczyć jej paliwa. Najlepszym zaś paliwem - wiadomo to skądinąd - są pieniądze. Dlatego publiczna debata na tematy gospodarcze obraca się ciągle wokół wielkości monetarnych. Model ten, obok dwóch niewątpliwych zalet, ma także jedną zasadniczą wadę. Jest mianowicie z gruntu fałszywy – z właściwą sobie przenikliwością konkluduje Dzierżawski. W istocie gospodarka ma strukturę mrowiska. Jest fenomenem społecznym, organicznym, a nie fizycznym. W gospodarce, tak jak w mrowisku, zdawałoby się chaotyczne, a na pewno żywiołowe i spontaniczne zachowania poszczególnych jednostek składają się na ten fantastyczny twór, z jakim mamy do czynienia.[56]

 

 3. Podaż czy popyt

W połowie lat 70-tych, gdy gospodarka światowa ogarnięta była recesją, pojawiła się nowa teoria ekonomiczna nazwana ekonomią podażową (supply-side economics). Nazwę tę zastosowano do koncepcji ekonomicznych Roberta Mundell’a – uznawanego obecnie za jednego z najbardziej wnikliwych ekonomistów na świecie, laureata Nagrody Nobla z ekonomii w roku 1999 oraz Arthura B. Laffer’a, twórcy tak zwanego modelu klina, czyli prawa malejących zysków w polityce podatkowej. Ich podejście do ekonomii radykalnie różni się od dominującego od czasów Keynesa paradygmatu zorientowanego na popyt (demand-side paradigm). Wanninski, który został jednym z głównych popularyzatorów nowych koncepcji ekonomicznych, tworząc między innymi Internetowy Supply-Side University,[57] porównał Mundella do Kopernika, gdyż twierdzenie, że to ziemia obraca się wokół słońca, wywołało rewolucję intelektualną, którą można porównać tylko z przełomem, jaki miał miejsce wraz z postawieniem tezy, że to podaż towarów i usług kształtuje oblicze gospodarki światowej. Metafora ta staje się zrozumiała, gdy weźmie się pod uwagę, że najważniejszymi myślicielami w czasach systemu geocentrycznego byli astronomowie, kształceni w geometrii euklidesowej oraz rachunku różniczkowym i całkowym. Jak pisze Wanninski, „mieli cieplutkie posadki, sowicie opłacane, ponieważ umieli przewidywać pory roku i kreślić mapy morskie, mimo że paradygmat, na którym się opierali, był błędny”.[58]Kopernik stanowił zagrożenie dla tego establishmentu. 

W ekonomii, tak jak w astronomii, mogą istnieć tylko dwa paradygmaty. Pierwszy z nich zakłada, że dostawca dóbr, to znaczy producent, jest centralną postacią w systemie gospodarczym. Drugi natomiast uznaje, że kluczowym aktorem sceny gospodarczej jest ten, który tych dóbr potrzebuje, to znaczy konsument. W szkołach na całym świecie dominuje ten drugi, czyli makroekonomiczna teoria popytu. Jako że decydenci w rządach dbają najbardziej o zarządzanie narodowymi i międzynarodowymi gospodarkami, rządy są głównym pracodawcą dla popytowo nastawionych makroekonomistów. To całkiem naturalne, że państwo preferuje ekonomię popytu, ponieważ daje ona rządom polityczne podstawy do zarządzania popytem całkowitym, wpływania na bieżącą konsumpcję, co jest istotne z punktu widzenia „kupowania” głosów wyborców.[59] Zwolennicy popytowej makroekonomii prześcigają się więc w tworzeniu uzasadnień dla polityki gospodarczej miłej sercu politykom dającym im zatrudnienie. Tymczasem nie powinno być trudności ze zidentyfikowaniem producenta towarów jako tego elementu, który jest ważniejszy niż konsument, gdyż towary trzeba najpierw wyprodukować, by mogły zostać skonsumowane. Nie ma tutaj problemu jajka i kury. 

Oczywiście na poziomie mikro – czyli w skali poszczególnych przedsiębiorstw, które  dopiero wspólnie tworzą gospodarki narodowe – nie ma potrzeby opierania sposobu myślenia na producencie czy konsumencie, czyli na tych, którzy tworzą popyt czy podaż. Oni współistnieją w konkurencji na rynku. W odniesieniu do tych przedsiębiorstw wszystkie podręczniki ekonomii wykładają prawo malejących zysków w polityce cenowej. Jeśli mamy dwie firmy, które sprzedają taki sam produkt, konkurencja zmusza je do sprzedaży po podobnej cenie. W przeciwnym wypadku ten produkt, który ma cenę wyższą, straci udział w rynku na korzyść tego o niższej cenie. Jeśli jakaś firma ma monopol na określony produkt, musi podjąć właściwą decyzję dotyczącą ceny tegoż produktu, bez bezpośredniego nacisku ze strony konkurencji. Jeśli jednak ustali cenę zbyt wysoką, będzie sprzedawać mniej produktów, a potencjalni konkurenci szybko postarają się o wyprodukowanie jakiegoś podobnego substytutu, tak by sprzedawać go tym, których zniechęciła wysoka cena dyktowana przez monopolistę. Biorąc to pod uwagę, dana firma może sprzedawać produkt, na który ma monopol, po bardzo niskich cenach, tak by zniechęcać tych, którzy przemyśliwaliby w innej sytuacji o wejściu na rynek i uszczknięciu kawałka z tortu. 

W makroekonomii sytuacja wygląda inaczej, dlatego, że jest tak niewielu konkurentów tam, gdzie zaangażowany jest rząd. Na świecie jest mniej niż 200 państw. Gdy stawki podatkowe w niektórych z nich, a więc cena, jaką tamtejsi obywatele płacą za dobra publiczne, były zbyt wysokie, nie byłoby to dla tych państw takim powodem do zmartwienia, jak podwyższanie cen masła orzechowego przez jego producenta konkurującego z innymi producentami. Konsument w sklepie może łatwo zrezygnować z jakiegoś produktu i wybrać produkt konkurencyjnego producenta, jeśli ten pierwszy jest za drogi. Jeśli ktoś chce kupić samochód, zwykle poświęca dużo czasu na porównanie ich cen. Potrzeba natomiast o wiele więcej czasu, by tak zniechęcić podatnika, że przeniesie się on do innego państwa, po to, by podlegać innemu prawu podatkowemu. Dlatego współczesne rządy prowadzą tak nierozsądną politykę podatkową.[60]

 

4. Wpływ podatków na podaż i popyt

Bez względu na to, jaki model ekonomii przyjmiemy do rozważań podatkowych, nie ulega wątpliwości, że reakcje podatników na nakładanie podatków zależą od tego, w jaki sposób podatki te wpływają na kształtowanie się (lub zmiany) popytu i podaży na danym rynku od momentu ujawnienia się tego wpływu oraz od zmian poszczególnych rynków.[61] Dlatego należy analizować skutki nakładania podatków przez pryzmat ich wpływu na kształtowanie się popytu i podaży, na równowagę na rynku danego dobra, a w ostateczności na decyzje producentów, konsumentów i inwestorów.[62] W sensie ekonomicznym reakcje podatników wiążą się ściśle ze stanem gospodarki narodowej jako takiej oraz tych jej działów, które najbardziej dotyka dany ciężar podatkowy.  

Jak widać, nałożenie lub zwiększenie podatku na dane dobro wywołuje spadek wpływów z jego sprzedaży na skutek spadku popytu na nie i spadku jego ceny netto. Podwyższona cena brutto zostaje pokryta w części przez sprzedającego, a w części przez kupującego. Proporcje ich udziału w pokryciu podwyższonej ceny zależą od czynników ekonomicznych takich jak elastyczność popytu i podaży względem ceny oraz możliwości wpływania przez sprzedawcę (producenta) na poziom kosztów własnych. Jeżeli elastyczność popytu będzie sztywna cały ciężar nałożonego/zwiększonego podatku poniesie nabywca. Wielkość podaży, ani cena netto dobra A nie zmienią się. Jeżeli zaś elastyczność podaży będzie sztywna nałożenie/zwiększenie podatku nie wywoła zmiany ceny brutto dobra A. Spadnie natomiast jego cena netto w wielkości odpowiadającej wielkości nałożonego/zwiększonego podatku. Cały ciężar podatkowy poniesie w takim przypadku sprzedawca. Jeżeli popyt na dobro A byłby nieskończenie elastyczny to konsekwencją nałożenia/zwiększenia podatku przy nie zmienionej cenie brutto byłoby ograniczenie popytu i spadek ceny netto, na skutek niemożliwości przerzucenia podatku na nabywcę. Jeżeli zaś nieskończenie elastyczna byłaby podaż dobra A, to konsekwencją nałożenia/zwiększenia podatku byłoby ograniczenie tej podaży przy wzroście ceny brutto, aż do momentu osiągnięcia ceny równowagi wyznaczonej przez skłonność nabywców do płacenia wyższej ceny. Zatem, im mniej elastyczne są podaż i popyt, tym mniejszy jest wpływ podatku na dany rodzaj aktywności gospodarczej gdyż nałożenie/zwiększenie podatku nie wywołuje większych zmian w alokacji zasobów. Im większa jest natomiast ta elastyczność, tym wpływ podatków na alokację zasobów jest większy.[65]

Zależność pomiędzy podatkiem i jego wysokością a procesami gospodarczymi jest więc oczywista. Podatek wpływa bowiem na cenę opodatkowanego dobra, tym samym na jego popyt, co z kolei rzutuje na jego sprzedaż, ergo na produkcję i podaż. Działanie prawa popytu i podaży jest bowiem automatyczne. Rynek każdego dobra jest kształtowany przez podaż i popyt na nie oraz jego cenę. Wzrost ceny w skutek nakładania lub zwiększania podatków musi rzutować na sytuację na rynku. Po zwiększeniu stawek podatkowych możemy mieć do czynienia albo z sytuacją, w której dochód brutto podatnika do opodatkowania pozostaje niezmieniony – wówczas zmniejsza się jego dochód netto po opodatkowaniu, albo podatnikowi udaje się powiększyć dochód brutto, przez co jego dochód netto po opodatkowaniu nie zmniejsza się. W pierwszym przypadku zwiększenie obciążeń podatkowych może spowodować albo zmniejszenie bezpośredniej konsumpcji, albo zmniejszenie oszczędności. Zmniejszenie konsumpcji, która także przecież jest opodatkowana, powoduje zmniejszenie wpływów podatkowych z tytułu podatków pośrednich, chyba że zwiększeniu stawek podatków bezpośrednich towarzyszy także zwiększenie stawek podatków pośrednich. To jednak może spowodować albo dalszy spadek konsumpcji, jeżeli podatników nie będzie po prostu stać na jej utrzymanie na dotychczasowym poziomie, albo spadek oszczędności i kapitalizacji. Jak pisał już Roman Rybarski „podatki, które pociągają za sobą zmniejszenie oszczędności, przynoszą więcej szkody niż pożytku, bo jeżeli podatek wywołuje zmniejszenie kapitalizacji, automatycznie pociąga wzrost stopy procentowej, ponieważ podaż kapitału jest niedostateczna”.[66]

 

5. Przerzucalność podatków

Z ekonomicznego punktu widzenia doniosłe znaczenie ma także zjawisko przerzucalności podatków. „Nauka o przerzucaniu podatków szuka odpowiedzi na pytanie, kto właściwie podatki płaci – pisał Adam Krzyżanowski. Państwo obciąża pewne kategorie osób. Eo ipso wzbudza wśród opodatkowanych dążność umniejszenia ciężaru podatkowego”.[67] Tenże autor zaobserwował, zdumiewające z dzisiejszej perspektyw, zjawisko zawyżania czasami przez niektórych przedsiębiorców własnego dochodu i płacenia w konsekwencji wyższego podatku, dla zwiększenia własnej wiarygodności kredytowej poprzez przedstawienie w korzystniejszym świetle swojej sytuacji majątkowej. Było to jednak możliwe wówczas, gdy stawki podatkowe były stosunkowo umiarkowane. Zabieg taki przestaje się bowiem opłacać, przy podatku przewyższającym ewentualne korzyści marketingowe. Świadczy to jednak dobitnie, że podatek traktowany jest jako koszt prowadzenia przedsiębiorstwa, którego poniesienie czasami się opłaca, a czasami nie.

Poglądy na temat przerzucalności podatków zmieniały się w różnym czasie rozwoju nauki skarbowości.[68]Początkowo, w wieku osiemnastym, gdy nad skarbowością panowała ogólna teoria ekonomii, a skarbowość nie była jeszcze w pełni wyodrębniona, przerzucanie podatków traktowano jako zjawisko czysto ekonomiczne przez pryzmat ogólnych praw ekonomii. Gdy w wieku dziewiętnastym skarbowość wyodrębniła się jako odrębna nauka zapanowała tendencja rozważania problemu przerzucalności podatków z punktu widzenia czysto skarbowego, niezależnie od ogólnych metod ekonomicznych. Wreszcie w trzecim etapie, na przełomie dziewiętnastego i dwudziestego wieku podejście do tego zagadnienia przestało być czysto ekonomiczne lub czysto skarbowe. Wielu teoretyków usiłowało łączyć oba aspekty przerzucalności podatków. Koniec dwudziestego stulecia nie przyniósł już nowych teorii na temat przerzucalności podatków. Z dzisiejszej perspektywy można byłoby więc dodać do trzech epok wyróżnionych przez Romana Rybarskiego, epokę czwartą – braku pogłębionej refleksji na temat przerzucalności podatków.  

Fizjokraci, którzy jako pierwsi postawili w sposób pogłębiony teoretycznie zagadnienie przerzucalności podatków koncentrowali się na jego ekonomicznym aspekcie. Podkreślali oni, że nawet nałożenie podatków na takie klasy społeczne jak dzierżawcy ziemscy, czy kupcy lub przemysłowcy odbija się na zysku netto właścicieli ziemskich. Wszelkie bowiem podatki są przerzucane przez tych, którzy mają je zapłacić na jedyną klasę dysponującą czystym dochodem, bo tylko produkcja rolna taki dochód wytwarza. Ze swej nauki o przerzucaniu podatków wyciągnęli oni wniosek, że najlepszym rozwiązaniem podatkowym byłoby wprowadzenie podatku jedynego, który nałożony byłby na właścicieli ziemskich, skoro inne „klasy jałowe” i tak przerzucają na tę klasę swój własny ciężar podatkowy.

Adam Smith twierdził, że dochód może pochodzić tylko z renty gruntowej, z zysku kapitałowego lub z płacy. Każdy podatek musi więc być zapłacony z któregoś z tych trzech różnych źródeł. Jednakże „wiele podatków nie płaci się ostatecznie z tego funduszu lub źródła dochodu, które zamierzano nimi obciążyć”.[69] Przerzuceniu, zdaniem Smitha, podlegają zarówno podatki od renty gruntowej, od czynszu z nieruchomości mieszkalnych, od zysków kapitałowych, od płac jak i od towarów konsumpcyjnych. Podatek gruntowy płaci co prawda dzierżawca ziemi, ale w sensie ekonomicznym obciąża on właściciela ziemskiego. Jeżeli bowiem zysk z produkcji rolnej jest constans, to podatek gruntowy płacony przez dzierżawcę powoduje nieuchronnie zmniejszenie wysokości płaconego przez niego właścicielowi ziemskiemu czynszu dzierżawnego. Jeżeli nawet zysk z produkcji rolnej się zwiększa, dzieje się to dzięki zaradności dzierżawcy, trudno zatem, aby zysk ten pokrywał zwiększający się ciężar opodatkowania z tytułu podatku gruntowego. A zatem, jak utrzymywali już fizjokraci, podatek gruntowy obciąża w praktyce właściciela ziemskiego. Z kolei czynsz mieszkalny jest w praktyce zyskiem z kapitału zainwestowanego w budowę. Dlatego przedsiębiorca budowlany – właściciel budynku – nie pokrywa podatku od tego kapitału, czyli od czynszu, lecz przerzuca go na najemcę w cenie najmu (komornego). Finansowania tego podatku odbywa się więc z dochodu najemcy z jednego z wymienionych wyżej źródeł: ziemi, kapitału lub pracy. W przypadku opodatkowania zysków z kapitału inwestycyjnego, wzrasta cena pozyskania tego kapitału. Sposób przerzucenia podatku od zysków kapitałowych zależy więc w pewnym stopniu od przeznaczenia kapitału. Jeżeli był on zainwestowany w rolnictwie to zwiększony przez podatek koszt jego pozyskania obniży czynsz dzierżawny, obciążając właściciela ziemskiego. Jeżeli był zainwestowany w przemyśle lub handlu to zwiększony przez podatek koszt jego pozyskania spowoduje podniesienie cen towarów, obciążając konsumentów. Z kolei opodatkowanie pracy zawsze powoduje wzrost ceny siły roboczej i podwyżkę płac. W pierwszej kolejności podatek od wynagrodzeń obciąża więc pracodawcę. Ale ten z kolei stara się przerzucić ciężar podatkowy na nabywców wytwarzanych przez siebie towarów. Ostatecznie podatki od płacy ponoszą więc konsumenci. Podobnie rzecz się ma z opodatkowaniem towarów konsumpcyjnych – ciężar tego podatku spoczywa na barkach konsumentów. Jednak w przypadku opodatkowania towarów pierwszej potrzeby przerzucenia podatku jest nieco bardziej skomplikowane. Jako że płacę roboczą reguluje popyt na pracę i przeciętna cena towarów niezbędnych do utrzymania robotników, każde podniesienie tej przeciętnej powoduje konieczność podniesienia także płacy w taki sposób, by robotnik po dawnemu mógł kupić artykuły pierwszej potrzeby w dotychczasowej ilości, o ile w tym samym czasie popyt na pracę nie wzrośnie i nie zmaleje.[70] „W ten sposób – konkluduje Smith – podatek od artykułów pierwszej potrzeby działa dokładnie w ten sposób, co bezpośredni podatek od płacy roboczej”.[71] Nieco inaczej rzecz się ma z podatkami od przedmiotów zbytku, wzrost ceny których nie powoduje konieczności podniesienia płacy robotniczej.[72]

Z kolei David Ricardo w pracy Zasady ekonomii politycznej i opodatkowania, koncentruje się bardziej na zagadnieniach przemysłowych i dochodzi do nieco odmiennych wniosków od Smitha, który więcej miejsca poświęcał zagadnieniom własności, także ziemskiej. Ricardo stwierdził, że podatek od renty gruntowej nie spada wcale na właściciela ziemskiego, gdyż może być przerzucony na konsumentów produktów rolnych. Jego zdaniem zwiększona cena tych produktów podraża koszty utrzymania robotników, co w sposób nieuchronny musi prowadzić do zwiększenia ich płacy i w konsekwencji do zmniejszenia zysku przedsiębiorców. I to oni, a nie właściciele ziemscy ponoszą realny ciężar ewentualnego zwiększenia opodatkowania produktów rolnych. Ricardo zastrzega jednak, że przerzuceniu nie podlega cały podatek, pisząc, że „gdyby każdy handlowiec i każdy producent podnosił swoje ceny o sumę, którą musi zapłacić za podatek, to trwałoby to w nieskończoność”.[73]Trudno nie zgodzić się z takim spostrzeżeniem. Ale jeszcze trudniej byłoby obliczyć, w jakim stopniu podatki są przerzucane i jaki ich procent płacony jest przez tych podatników, na których są one bezpośrednio nałożone, a jaki przez tych, na których są przerzucane. Nie sposób nie zgodzić się jednak i z tezą, iż intencją każdego podatnika jest przerzucenie na innych tak dużej części podatku, jak tylko okaże się to możliwe.

Istnienia zjawiska przerzucalności podatków pewien był również Jean-Baptiste Say. „Mylilibyśmy się gdybyśmy sądzili, że podatki obciążają definitywnie tych, co je płacą” – pisał. „Wielu z nich nie jest rzeczywistymi podatnikami; dla nich podatek jest tylko zaliczką, którą im się udaje otrzymać z powrotem, mniej lub więcej w całości, od konsumentów tych produktów, które wytwarzają”.[74] Podkreślał także, że pośród wszystkich wytwórców tego samego produktu jedni mogą łatwiej niż inni uniknąć skutków podatku.[75] Zależy to w dużym stopniu od charakteru towaru obciążonego podatkiem i od miejsca danego podatnika w procesie gospodarczym. „Podatki spadają na tych, którzy nie mogą się od nich obronić, ponieważ stanowią ciężar, od którego każdy się odsuwa jak tylko może, ale sposoby odsunięcia tego ciężaru różnią się nieskończenie w zależności od różnych rodzajów podatku i w zależności od funkcji, jakie spełniają w społeczeństwie”.[76] Podatek konsumpcyjny dotyka każdego producenta tylko w stosunku do wysokości udziału, jaki bierze on w produkcji rzeczy obciążonej podatkiem. Jeśli zostanie wprowadzona opłata od wina, właściciele winnic będą nią bardzo dotknięci. Jeśli natomiast obciążone zostaną bardzo wysokim podatkiem koronki, rolnicy dostarczający lnu, prawie tego nie dostrzegą. Producenci natomiast i kupcy będą tym podatkiem dotknięci bardzo silnie.[77]

Inny jest także rozkład skutków opodatkowania towarów pierwszej potrzeby i towarów zbytkowych na całą gospodarkę. Podatek nałożony na artykuły konsumpcyjne pierwszej potrzeby, wpływa w większym lub mniejszym stopniu na prawie wszystkie inne produkty – jest zatem pośrednio pobierany z dochodów wszystkich konsumentów.[78] Jeśli jednak podaż produktów i popyt na nie pozostają te same mimo ustanowienia bądź podniesienia podatku, to ceny nie ulegają zmianie i konsument nie płaci najdrobniejszej nawet części podatku.[79] Taki charakter miał przez lata podatek gruntowy. Ilość płodów rolnych, jakie rodzi ziemia pozostaje bowiem bez zmian, bez względu na wysokość podatku ją obciążającego. Ewentualne zmniejszenie podaży płodów rolnych przez wieki wywoływało zmniejszenie populacji konsumentów. Spadał wiec też popyt i relacja między podażą a popytem szybko wracała do równowagi.

Zarówno fizjokraci, jak Smith, Ricardo i Say koncentrowali się na ekonomicznym aspekcie przerzucalności podatków. Dopiero pisarze niemieccy stwierdzili, że możliwość przerzucania podatku zależy od natury danego podatku. Ich zdaniem jedne podatki są z definicji przerzucalne, jak podatki pośrednie, a inne nie – jak podatki dochodowe, gruntowe i podatki od kapitału. Podejście takie krytykuje Roman Rybarski. Jego zdaniem nie można z góry założyć, że jakiś podatek będzie przerzucony z uwagi na swój charakter, a inny nie. „Zagadnienie przerzucania podatku nie zależy bowiem od natury podatku, tylko od stosunków ekonomicznych”.[80]Formułuje on kilka zasad przerzucalności podatków: przerzucanie jest łatwiejsze przy monopolu, trudniejsze zaś przy wolnej konkurencji; jest łatwiejsze w okresie dobrej koniunktury, trudniejsze w okresach depresji, gdy ceny spadają i popyt maleje; z uwagi na naturę podatku łatwiej przerzucić podatki pośrednie, gdy opodatkowany zostaje pewien akt gospodarczy, niż bezpośrednie, gdy opodatkowany zostaje dochód lub majątek; możliwość przerzucania podatku zależy od jego zasięgu - łatwiej przerzuca się podatki, gdy ich podmiot lub przedmiot jest ograniczony, trudniej, gdy podatki są bardziej powszechne; z uwagi na technikę opodatkowania trudniej jest przerzucić jakiś podatek szczególny, fragmentaryczny, jak na przykład podatek spadkowy - grupie spadkobierców nabywającym w spadku kamienice trudniej jest przerzucić podatek spadkowy na lokatorów niż wszystkim kamienicznikom podatek obrotowy z tytułu najmu mieszkań.[81] Natomiast zdaniem Adama Krzyżanowskiego, przerzucanie podatków ułatwia ustrój prawny gwarantujący wolność współzawodnictwa, której odpowiednikiem materialnym jest gospodarcza łatwość wycofania pracy i kapitału za jednego przedsiębiorstwa i lokowania go w innym. Bardziej prawdopodobne i łatwiejsze jest, zdaniem tegoż autora, przerzucenie podatku, gdy jego nakładanie i ściąganie jest zbliżone do momentu sprzedaży towaru lub usługi i maleje wraz z wydłużaniem tego okresu. Dzieje się tak dlatego, że „podniesienie ceny produktu jest prawdopodobniejsze, gdy producent płaci podatek, uważany przezeń za część kosztów produkcji (...) Im bardziej przedmiot podatku jest oddalony od dobra, które z powodu opodatkowania ma doznać zwyżki w cenie, tym przerzucenie ceteris paribus jest trudniejsze”.[82] Możliwość przerzucania podatku jest także zależna od stosunku ewentualnej zwyżki cen do dochodów konsumentów oraz charakteru dóbr, których podwyżka cen będzie dotyczyć. Jeżeli na skutek zwiększenia podatków wytwórcy podwyższają cenę towaru, którego nabycie stanowi drobną pozycję w budżecie konsumenta, wówczas prawdopodobieństwo zaakceptowania przez niego podwyżki będzie wyższe. Sytuacja ulegnie zmianie, gdy dojdzie do podwyżki cen towarów, na które konsument wydaje znaczną część swoich dochodów. „Odczuje silniej podrożenie chleba, niż igieł” – konkluduje Adam Krzyżanowski.[83] O możliwości przerzucenia podatku decyduje jednak struktura popytu i zamożność nabywców, niż charakter danego dobra. Popyt osób głodnych, ale zgoła pozbawionych środków nabywczych nie podniesie ceny podstawowych środków spożywczych. Natomiast bogactwo osób konsumujących szampana pozwala windować jego cenę.[84] Samo zestawienie stosunku ceny towaru do zamożności podatnika nie pozwala wnioskować, iż łatwiej jest przerzucić podatek, który dotyczy dóbr tańszych, albo nawet stosunkowo drogich, które jednak są stosunkowo rzadko kupowane. Inaczej bowiem przyjmowane będą podwyżki artykułów tak zwanej pierwszej potrzeby, inaczej artykułów „akcyzowych”, jeżeli nabywcom pozostanie odpowiedni margines finansowy na zaspokojenie ich popytu. Wydaje się, że łatwiej przerzucić podatki w dobrach pierwszej potrzeby, jeżeli koszty ich zakupu nie stanowią większości wydatków danego konsumenta, a które w takiej sytuacji i tak znajdą swoich nabywców, niż w towarach luksusowych, od zakupu których można się łatwiej powstrzymać. Mogłoby się wydawać, że Adam Krzyżanowski czuł intuicyjnie ten problem, przeciwstawiając sobie akurat chleb i igły. Prezentował on całkowicie odmienną opinię niż Roman Rybarski odnośnie przerzucania podatków w okresach wzrostu i spadku koniunktury. O ile, zdaniem Rybarskiego, koniunktura zwyżkowa ułatwia przerzucanie podatków, gdyż wzrost cen jest łatwiej akceptowalny w atmosferze pewnego rodzaju euforii gospodarczej a trudniej go zaakceptować w okresie recesji, gdy dochody konsumentów maleją, o tyle zdaniem Krzyżanowskiego jest dokładnie na odwrót. „Popadają w sprzeczność ci, którzy dowodzą, że zwyżkowa koniunktura ułatwia, a zniżkowa utrudnia przerzucanie (...) rozumując wedle zasady post hoc, propeter hoc (...) i nie zadają sobie pytania, czy zwyżka cen nie doszłaby do skutku także i w razie utrzymania podatków na dotychczasowym poziomie”.[85] Trudno jednoznacznie przyznać rację jednemu z tych poglądów. Przyglądając się kolejnym okresom hossy i bessy gospodarczej można dojść do wniosku, że przerzucanie podatków jest uwarunkowane wieloma czynnikami, a nie tylko jednym. Raz łatwiej jest przerzucić podatki w okresie wzrostu koniunktury, innym razem w okresie jej spadku w zależności od stopnia zmonopolizowania gospodarki, wysokości inflacji, wielkości zwyżki lub spadku. Trzeba jednak stwierdzić, że gdyby wszystkie pozostałe zmienne były takie same, to koniunktura wzrostowa bardziej sprzyja przerzucaniu, podatków niż spadająca. Kryzys gospodarczy zawsze jest związany ze spadkiem popytu, ewentualny wzrost cen spowodowany dodatkowym opodatkowaniem, popyt ten jeszcze bardziej ogranicza. Rację ma natomiast Krzyżanowski pisząc, że istotnym czynnikiem wpływającym na możliwość przerzucania podatku jest pomnażalność dóbr, których cena ma być podniesiona.[86] Im dobra te są rzadsze, tym większa szansa na przerzucenie w ich cenie podatku, który trzeba zapłacić. Krzyżanowski uważa jednak, że nabywca niepomnażalnego, bardzo rzadkiego, płaci taki podatek „z kieszeni sprzedawcy”. Nie do końca można się z takim stwierdzeniem zgodzić. Byłoby ono prawdziwe, gdyby nabywca musiał zapłacić jakiś podatek majątkowy. Jeżeli oferuje za dane dobro, które jest jedyne w swoim rodzaju, najwyższą cenę, to ustalając ją bierze pod uwagę konieczność poniesienia tego podatku i nie zaoferuje ceny, która powiększona o podatek przekraczałaby jego zdolności płatnicze. Targuje więc cenę do poziomu, który w jak najmniejszym stopniu przewyższa ceny oferowane przez innych potencjalnych nabywców. Jednak w sytuacji, gdy to sprzedawca płaci podatek dochodowy, podatek ten jest z całą pewnością wkalkulowany w cenę sprzedawanego dobra. Najlepszym tego przykładem jest dzisiejsza opłata skarbowa od umów sprzedaży, którą w zdecydowanej większości transakcji pokrywa nabywca, a nie sprzedający, bez względu na to, jak bardzo unikatowe jest sprzedawane dobro. 

Nie zgadza się także Krzyżanowski z twierdzeniem Rybarskiego, że monopol ułatwia przerzucenie podatków. „Monopol modyfikuje jedynie zagadnienie przerzucalności podatku w odniesieniu do dóbr tanio pomnażalnych”[87], zwiększenie produkcji których zmniejsza cenę jednostkową, dzięki rozłożeniu ogólnych kosztów wytwarzania na więcej jednostek wytworzonego dobra. W przypadku dóbr drogo pomnażalnych, zwiększenie produkcji których nie redukuje ogólnych kosztów wytwarzania, nie ma różnicy pomiędzy sytuacją monopolisty i wielu producentów. Ceny takich dóbr i tak zawsze zbliżają się do granicy popytu. Wytwórcy takich dóbr „są w stanie wydusić od spożywców cenę, odpowiadającą ich całkowitej zdolności konsumpcyjnej, także wtedy, gdy jest ich wielu”.[88] Monopol powoduje takie wyśrubowanie ceny, że po podwyżce podatków na kolejną podwyżkę nie ma już miejsca na rynku z uwagi na barierę popytu, tylko w odniesieniu do dóbr drogo pomnażalnych. W przypadku dóbr tanio pomnażalnych zarówno monopolista, jak i członkowie kartelu producentów tworzących taki monopol, muszą się zawsze liczyć z ewentualnym pojawieniem się konkurencji, którą może zrodzić zbyt wysoka cena produkowanych i dostarczanych przez nich dóbr. Dlatego nie mogą dowolnie i w nieskończoność podnosić cen. A zatem nie monopol, czy wolna konkurencja, ma decydujące znaczenie dla przerzucania podatków, lecz malejący lub wzrastający koszt wytwarzania większej ilości dóbr, w których cenie mają być przerzucone podatki. „Najogólniej mówiąc – pisał Krzyżanowski – monopol jest czynnikiem utrudniającym przerzucanie, ale wpływ pomnażalności na ten proces gospodarczy jest silniejszy”.[89] Z perspektywy dzisiejszej praktyki gospodarczej ze stanowiskiem takim trudno się zgodzić. Nawet w sytuacji istnienia monopolu ceny nigdy nie bywają aż tak wysokie, aby nie można już było ich jeszcze bardziej podwyższyć, co pokazuje dość prosty przykład podwyższania ceny paliw, po każdym wzroście podatku akcyzowego mimo posiadania dominującej pozycji Polskiego Koncernu Naftowego ORLEN na naszym rynku paliw płynnych. 

Całkowitą rację miał natomiast Krzyżanowski pisząc, że „ceny dóbr pomnażalnych są identyczne z wysokością kosztów produkcji tego najdroższego wytwórcy, którego produkcja jest jeszcze niezbędna gwoli zaspokojenia popytu”.[90] W efekcie, przerzucenie ewentualnego podatku na nabywców dóbr pomnażalnych jest możliwe tylko w sytuacji, gdy popyt na dane dobra nie został jeszcze zaspokojony przy poprzednim poziomie cen. W przeciwnym wypadku podwyżka ceny prowadziłaby nieuchronnie do ograniczenia konsumpcji, a to z kolei musiałoby prowadzić do spadku cen, który niweczyłby wcześniejszą podwyżkę związaną z przerzuceniem podatku. W takiej sytuacji dochodzi najczęściej do przerzucenia opóźnionego. Producenci ograniczają produkcję, w wyniku czego równowaga podaży i popytu na dane dobro zaczyna kształtować się na innym, niższym poziomie ilościowym, co pozwala podwyższyć cenę danego dobra. Następuje więc przerzucenie podatku, ale odłożone w czasie, niestety przy jednoczesnym ograniczeniu produkcji. Dzieje się tak jednak tylko w przypadku pomnażania dóbr po wzrastających kosztach, gdy koszty wzrostu produkcji przewyższają koszt dotychczas najdroższego wytwórcy. Z inną sytuacją mamy do czynienia, gdy pomnażanie dób odbywa się po kosztach malejących, to znaczy, że wzrostowi produkcji towarzyszy spadek kosztów wytwarzania, a tym samym cen jednostkowych, jak to miało miejsce w ostatniej dekadzie dwudziestego wieku z komputerami. W przypadku wzrostu podatku na tego typu dobra możliwość jego przerzucenia jest dużo większa. Konsumenci zyskiwali bowiem dotąd na zniżce cen i dlatego łatwiej zaakceptują teraz podwyżkę. A z drugiej strony przy malejących kosztach produkcji danego dobra marża jednostkowa jest zazwyczaj już tak mała, że nie ma miejsca na poniesienie przez producenta jeszcze zwiększonego ciężaru podatkowego. Gdyby zaś nastąpiło ograniczenie produkcji wywołane przez podwyższenie podatków następowałaby natychmiastowa zwyżkę cen towarów, które dotąd taniały właśnie dzięki wzrostowi produkcji. Podwyżka cen na skutek zmniejszenia produkcji mogłaby więc okazać się większa, niż w przypadku przerzucenia podatku. „Cena każdego dobra ustala się na poziomie, odpowiadającym popytowi najsłabszego konsumenta i podaży najsłabszego wytwórcy. Każda cena zapewnia renty konsumenta silniejszym konsumentom, tym którzy byliby gotowi dać więcej i rentę producenta wytwórcom, wytwarzającym taniej” – konkludował Adam Krzyżanowski.[91]  

Każda cena zapewnia zysk najsilniejszym konsumentom, którzy byliby skłonni zapłacić więcej za dane dobro i najlepszym producentom, którzy dane dobro wytwarzają najtaniej. Gdy mamy do czynienia z sytuację, w której wielu konsumentów gotowych byłoby zapłacić za dane dobro więcej, przerzucenie podatku jest stosunkowo łatwe. W sytuacji, gdy istnieją duże różnice kosztów ponoszonych przez poszczególnych producentów, a producenci produkujący najtaniej mają wolne moce przerobowe lub wejście na dany rynek nowego producenta mającego stosunkowo niskie koszty własne, przerzucenie podatku jest odpowiednio trudniejsze. 

W większości przypadków teoretycy rozpatrywali dotąd możliwość przerzucenia jakiegoś konkretnego podatku. Tymczasem podatki jako takie, bez względu na to, czy obciążają majątek, dochód, obrót, pracę, czy kapitał rzutują na stosunki gospodarcze. Aby móc zapłacić jakikolwiek podatek, trzeba mieć z czego go zapłacić. Każdy podatnik uzyskujący jakiś dochód z takiego, czy innego źródła, po zwiększeniu jakichkolwiek obciążeń podatkowych, stara się w pierwszej kolejności zrekompensować stratę spowodowaną podwyższeniem podatku poprzez zwiększenie swoich przychodów z tego źródła, z którego ich zwiększenie jest najprostsze. Najczęściej odbywa się to poprzez podwyższenie ceny towaru lub usługi. Tak jak nie ma darmowych obiadów, tak też nie ma podatków, które nie byłyby koniec końców zapłacone przez ostatecznych konsumentów dóbr dostępnych na danym rynku.

Przerzucalne są nie tylko podatki pośrednie, ale także bezpośrednie, z podatkiem dochodowym na czele. Jak zauważył Andrzej Gomułowicz, „o ile jeszcze do niedawna doktryna podatkowa przerzucalnośc podatków odnosiła jedynie do opodatkowania pośredniego, o tyle obecnie trudno jest kwestionować tezę, iż dokonuje się również przerzucania ciężarów wynikających z opodatkowania bezpośredniego”.[92] Konsument płaci de factonie tylko cło i podatki importowe oraz VAT i akcyzę najbardziej rzutujące na cenę towaru, ale także podatek dochodowy, którym obłożony został sprzedawca. Stąd biorą się zawsze próby zwiększenia przychodu poprzez podwyżkę wynagrodzenia lub, w przypadku podatników prowadzących działalność gospodarczą, zwiększenie własnej marży. Nie należy do wyjątków sytuacja, w której wynagrodzenie dobrych i poszukiwanych pracowników opiewa na kwotę netto, co oznacza, że kwota brutto jest zwiększana wraz z każdym przekroczeniem progu podatkowego. „Kluczowym problemem związanym z opodatkowaniem pracy żywej, a ściślej z dochodami osiąganymi z tytułu pracy, jest pytanie, czy w przypadku obłożenia podatkiem dochodowym płac pracowników, wymuszą oni podwyżki płac na przedsiębiorcach, a ci z kolei czy potrafią przerzucić wzrost kosztów z tytułu płac na ceny produktów i w ostateczności na konsumenta”- pyta Owsiak.[93] W skali ogólnej zależy to oczywiście od stopnia elastyczności popytu i podaży siły roboczej, a w poszczególnych przypadkach od atrakcyjności danego pracownika.

W przypadku przedsiębiorców prowadzących działalność gospodarczą na własny rachunek sytuacja jest analogiczna. Jeżeli jakiś podatnik uzyskuje przychód w wysokości „100”, przy kosztach własnych „50”, co daje mu dochód w wysokości „50”, który jest opodatkowany stawką 10%, co oznacza zysk netto w wysokości „45”, to po zwiększeniu stawki podatkowej do 20% pierwszą reakcją podatnika będzie podwyższenie ceny jego towarów lub usług, aby zwiększyć przychód do kwoty „106.5”, co po opodatkowaniu przyniesie taki sam dochód netto („45”), jak przed zwiększeniem stawek podatkowych. Przed tego typu działaniem podatnika może powstrzymać jedynie bariera popytu. Jeżeli jednak podatnik na nią natrafi, to odbije się to również na przychodach państwa, czego najlepszym przykładem było podwyższanie ceł i podatków na samochody w latach 1991-1992. Choć stawki celne i podatkowe wzrosły wówczas do jednych z najwyższych w świecie, wpływy budżetowe z tytułu importu samochodów malały, gdyż radykalnie się on zmniejszył. 

Przerzucanie podatku może być częściowe lub całkowite. Decydujące znaczenie ma w tym względzie ogólna sytuacja gospodarcza kraju oraz rynkowa pozycja danego podatnika, który podatki próbuje przerzucić.

Mirosław Pietrewicz wspomina o możliwości przerzucaniu podatku „w przód lub wstecz”, ale tego zjawiska nie definiuje.[94] Aby zrozumieć jego intencję, musimy więc sięgnąć do opracowań innych autorów, którzy wcześniej używali tych samych pojęć.[95] Hurtownik w przykładzie Rybarskiego może podnieść cenę towaru dla detalistów, którzy z kolei zwiększą ceną płaconą ostatecznie przez konsumentów i wtedy mamy do czynienia z przerzuceniem podatku w przód, ku końcowi procesu produkcji. Krzyżanowski wprowadził w tym miejscu rozróżnienie przerzucalności pierwszego stopnia (bezpośrednie) na odbiorcę towarów lub usług i dalsze, gdy ten odbiorca przerzuca z kolei skutki podwyższonej ceny, jaką musiał zapłacić na kolejną grupę kontrahentów lub odbiorców finalnych.[96] Hurtownik może też zażądać od swoich dostawców – producentów zwiększania rabatu i wtedy mamy do czynienia z podatkiem przerzuconym wstecz ku pierwszym etapom procesu produkcji.[97] Na podstawie tego przykładu można stwierdzić, że chodzi nie o przerzucenie „czasowe”, ale przestrzenne. Przerzuca się podatki raczej „w bok” – na innego podatnika. Przy przerzuceniu podatku wprzód cena towaru rośnie, przy przerzuceniu wstecz – ulega obniżeniu. Jest to jednak możliwość czysto hipotetyczna, gdyż w dobie powszechnego opodatkowania dochodu i obrotu, zwyżka podatków dotyczy w tym samym stopniu, co hurtownika także jego dostawców. Przerzucanie odbywa się zatem w jedną stronę – na ostatecznego konsumenta poprzez zwiększenie ceny detalicznej. Zdaniem Witolda Modzelewskiego „przerzucanie polega na tym, że przy pomocy zmiany poziomu cen, wynagrodzeń lub innych kategorii ekonomicznych, na które podatnik ma lub może mieć wpływ, zwiększa on swoje przychody o całość lub część kwoty podatku (...) Ustawodawca podatkowy ma tylko niewielkie możliwości ograniczenia przerzucalności podatków. Może to jednak nastąpić przy pomocy instrumentów innych części prawa finansowego, a przede wszystkim poprzez prawne ograniczenia w swobodzie określania cen oraz prawną regulację wysokości wynagrodzeń i innych kosztów uzyskania przychodu (podkreślenie R.G.)”.[98] Rzeczywiście można zwiększyć dochody (ale nie przychody) poprzez zmniejszenie kosztów (w tym kosztów wynagrodzenia). Nie jest to jednak „przerzucenie” podatku, lecz raczej „nadrobienie” podatku, o którym pisze Pietrewicz. Jako że już istnieje wynagrodzenie minimalne, a zmniejszanie wynagrodzeń wymaga wypowiedzenia warunków pracy i płacy, trudno sobie wyobrazić jeszcze jakieś inne rozwiązania prawne dotyczące możliwości ograniczenia wynagrodzeń w reakcji na podwyższenie podatku. Ustawodawca może ograniczyć przerzucalność podatków przy pomocy regulacji cen. Jest to jednak mechanizm znany i powszechnie stosowany w socjalistycznej gospodarce nakazowo-rozdzielczej. W gospodarce rynkowej, a takiej dotyczy analiza, gdyż podatki w socjalizmie to temat na zupełnie inne opracowanie, mechanizm regulacji cen może funkcjonować jako pewien wyłom w systemie, ale powszechne jego stosowanie jest trudne do wyobrażenia.

Najdziwniejsze jest to, że dziś ekonomiści zajmujący się podatkami na aspekt ich przerzucalności w ogóle, albo prawie w ogóle nie zwracają uwagi. A przecież „ekonomia jest nauką badającą wybory ludzkie odnoszące się do relacji pomiędzy celami i rzadkimi środkami (nakładami) mającymi alternatywne zastosowania.”[99] Użyty w tej definicji termin „wybory” ma kolosalne znaczenie. Człowiek to nie atom rządzony prawami mechaniki, bez własnego w tym udziału. Oryginalność człowieka na tle świata atomów, o której zapominają niekiedy twórcy przepisów podatkowych, polega na dokonywaniu przez niego nieustannych wyborów w oparciu o określonego przez niego cele.[100] Jak pisze Tomasz Mickiewicz „działania ludzkie charakteryzują się przewidywaniem i możliwością reagowania na przyszłe, przewidywalne działania innych.”[101] Fundamentem myślenia ekonomicznego jest przyjęcie założenia racjonalności działania uczestników wymiany, której podstawą jest zasada maksymalizacji. Oznacza ona, że przy wyznaczonym celu człowiek będzie się starał zminimalizować nakłady potrzebne dla jego osiągnięcia, a przy danych nakładach będzie się starał maksymalizować efekty swojego działania. Racjonalnie postępujący człowiek zgodnie z zasadą maksymalizacji stara się zminimalizować obciążenia podatkowe będące kosztem prowadzonej przez niego działalności. Można się więc spodziewać, że będzie się starał wykorzystywać wszystkie legalne możliwości unikania opodatkowania, a ewentualne działania zamierzające do uchylenia się od opodatkowania podejmie, lub nie, w zależności od kalkulacji potencjalnego zysku i ryzyka wykrycia nadużycia. Jeżeli potencjalny zysk jest duży, bo stawka podatkowa wysoka, a ryzyko niewysokie z uwagi na niewydolność aparatu skarbowego, to można się spodziewać, że podejmie działania ukierunkowane na zmniejszenie, choćby nielegalne, zobowiązań podatkowych. 

Stratą nieobliczalną jest „ściśnienie możności rozwoju przedsiębiorstwa, tkwiące w zwyżce ceny, uskutecznionej gwoli przerzucenia podatku. Gdyby jej nie było, konsumpcja wzrastałaby szybciej, ewentualnie zmniejszałaby się w mniejszym stopniu. Zwyżka cen hamuje wzrost popytu. Obniża zyski wytwórcy. Zwyżka ceny o wysokość podatku wyrównuje damnum emergens, ale nie lucrum cessans. Nazywamy przerzuceniemcałkowitym zwyżkę o wysokość podatku, pomijając stratę w procencie w myśl zasady: De minimis non curatur”.[102] Tymczasem „straty, które ponoszą przedsiębiorcy w razie przerzucenia podatku z powodu ujemnego wpływu zwyżki cen na zbyt produktów, a więc także na wysokość produkcji, bywają często pomijane, gdy chodzi o zdanie sprawy z całego obciążenia podatkowego. Jego wielkość nie jest równa kwotom wpłaconym do kas skarbowych z tytułu uiszczenia podatku. Te kwoty są widocznym obciążeniem podatkowym, obok którego istnieje niewidoczne i nieobliczalne, ukryte obciążenie. Przerzucone podatki są widoczną ofiarą ekonomiczną konsumentów, niewidoczną producentów, ponieważ podatki ograniczają ich możność zwiększenia wytwórczości”.[103]

Jeżeli nie uda się przerzucenie podatku, dochodzi do jego kapitalizacji. Dobrym tego przykładem jest podatek spadkowy. Jego nałożenie nie wpływa na cenę poszczególnych składników majątkowych wchodzących w skład masy spadku, ani całego spadku jako takiego. Spadkobierca musi uiścić podatek spadkowy z własnego dochodu, albo zaciągnąć na ten cel pożyczkę. „W obu przypadkach nastąpiło uszczuplenie kapitału przeznaczonego na cele wytwórcze – pisał Krzyżanowski. Wartości gospodarcze, które w ręku prywatnym były kapitałem, dostały się do kas państwowych. W ręku władz zapewne przestały być kapitałem. Władze nadają im przeważnie przeznaczenie konsumpcyjne. Wiadomo przecież, że państwo jest mało uzdolnione do wytwórczego zużycia dóbr.”[104]

 

6. Wysokość stawek podatkowych a wpływy budżetowe. Krzywa Laffera

Dla analizy ekonomicznej opodatkowania istotne znaczenie ma wpływ stawek podatkowych na wielkość wpływów budżetowych. Historia dowiodła bowiem, że nie zawsze podwyższanie stawek podatkowych prowadzi do zwiększenia wpływów podatkowych. Należy pamiętać o konieczności odróżnienia stawki podatkowej od podatku i od wpływu budżetowego z tytułu danego podatku. Dochód w wysokości 100 przy stawce podatkowej 50% przynosi arytmetycznie podatek w wysokości 50 i wpływ budżetowy w wysokości 50. Jednak o wysokości zobowiązania podatkowego decyduje baza opodatkowania, czyli wielkość tortu do ewentualnego podziału. 50% od 100 to jest mniej niż 30% od 200. Stawki podatkowe mają bowiem z jednej strony charakter arytmetyczny, ale z drugiej strony mają także charakter ekonomiczny oraz psychologiczno-socjologiczny. Dlatego różne reakcje podatników na opodatkowanie mogą wywrzeć różny efekt ekonomiczny i spowodować zmianę podstawy opodatkowania – czyli owego „100”, które może ulec zwiększeniu lub zmniejszeniu. Podatnicy reagują na zmianę stawki podatkowej albo spotęgowaniem aktywności zawodowej i gospodarczej albo jej osłabieniem. Zwiększają swoje oszczędności, albo je zmniejszają. Inwestują więcej, albo mniej. Decydują się na prowadzenie działalności w szarej strefie, albo na ujawnienie swoich dochodów – a zatem uchylają się od opodatkowania w większym lub mniejszym stopniu. Decydują się na prowadzenie skomplikowanych i często kosztownych operacji z zakresu tak zwanej „inżynierii finansowej” dla uniknięcia opodatkowania lub koncentrują się na normalnej działalności gospodarczej. Z ekonomicznego punktu widzenia reakcje podatników przyczyniają się do zwiększenia podstawy opodatkowania lub do jej zmniejszenia. Gospodarka to nie jest gra o sumie zero. To nie jest poker, jak wydaje się wielu politykom, w którym czyjaś wygrana oznacza przegraną kogoś innego. Jednak politycy przyzwyczajeni do nieustannej gry w „pokera politycznego” w taki sam, polityczny, sposób traktują gospodarkę i system podatkowy. Każda debata podatkowa przebiega pod hasłem „ile budżet państwa straci lub zyska” na jakiejś decyzji podatkowej. Wychodzą oni z błędnego założenia, że to, co państwo „wygrywa” podatnicy muszą „przegrać”. Siłą rzeczy podatnicy nie mogą z państwem kooperować, a muszą rywalizować o zmniejszenie rozmiarów swojej „porażki”.

Mogłoby się wydawać, że obniżki podatków powodują zmniejszenie dochodów. Praktyka nie potwierdza jednak tego, wydawałoby się logicznego, założenia, czego najlepszym przykładem jest historia obniżek podatków w różnych krajach. Z drugiej strony podnoszenie podatków nie wpływa bynajmniej na zwiększenie dochodu skarbu państwa. W przemówieniu wygłoszonym 14 grudnia 1962 roku w Economic Club of New York prezydent John Kennedy powiedział: „krótko mówiąc, jest paradoksalną prawdą to, że stawki podatkowe są obecnie zbyt wysokie, zaś wpływy z podatków zbyt niskie, a najrozsądniejszym sposobem na zwiększenie wpływów z podatków w dalszej perspektywie jest obniżenie podatków w chwili obecnej.”[105] Gdy podatnik jest nadmiernie obciążony, rząd otrzymuje mniejsze wpływy z tytułu podatków, zaś gospodarka ponosi uszczerbek, gdyż bodźce do pracy, oszczędzania i inwestycji są bezsensownie trzebione. Innymi słowy, system podatkowy, który nakłada nadmierne stawki podatkowe, mógłby równie dobrze zabić kurę znoszącą złote jajka. Dziś na potwierdzenie tej tezy przywoływane są obliczenia zależności pomiędzy wysokością stopy podatkowej i wielkością wpływów podatkowych państwa, zwane „Krzywą Laffera” (Laffer Curve). Marek Belka uznał Krzywą Laffera za „kuriozalny epizod z pogranicza myśli ekonomicznej i polityki”.[106] Z kolei Leszek Balcerowicz na pytanie o opinię ekonomistów na ten temat odpowiedział, że „na swoich krańcach Krzywa Laffera jest w sposób ewidentny prawdziwa: zarówno zerowa, jak i stuprocentowa stopa podatkowa powoduje, że przychodów z podatków nie ma. Problem leży w empirycznym określeniu, w jakim punkcie tej krzywej się znajdujemy”.[107] Janusz Jankowiak stwierdził, że Krzywa Laffera jest „wielokrotnie modyfikowaną konstrukcją teoretyczną”, a ekonomiści „z utęsknieniem wypatrują teraz możliwości weryfikacji hipotezy badawczej, że wpływy podatkowe wcale nie maleją, a wręcz odwrotnie, potrafią nawet rosnąć wraz z redukcją stopy procentowej opodatkowania.”[108] Krzysztof Dzierżawski podkreślił zaś, że „Krzywa Laffera nie jest żadną konstrukcją teoretyczną, lecz wywiedzioną z empirii, banalną konstatacją, iż przy stawkach podatku 0% i 100% nie będzie żadnych wpływów do skarbu państwa, oraz że między tymi granicznymi wielkościami jakieś podatki jednak się zbiera. Musi przeto istnieć w przedziale 0% - 100% ekstremum (może ich być kilka), dla którego wpływy są większe niż w jego sąsiedztwie. W takim razie oczywiście musi istnieć taki zakres stóp podatkowych, w którym mamy do czynienia z odwrotną zależnością między wysokością stopy podatkowej, a wielkością wpływów z podatku. Krzywa Laffera nie jest opisana ścisłym językiem matematyki, zależy bowiem od wielu niemierzalnych zmiennych: obyczaju, tradycji, mentalności ludzi, od poziomu rozwoju kraju, od sprawności aparatu fiskalnego itd.”[109] Natomiast Hanna Kuzińska, stwierdziła, że przebieg Krzywej Laffera „ilustruje dość oczywistą prawdę, że w miarę wzrostu stawek podatkowych dochody budżetowe rosną, lecz coraz wolniej. Ponadto rosną tylko do pewnego momentu – punktu przeciążenia podatkowego. Od tego miejsca, pomimo dalszego zwiększania obciążeń podatkowych, dochody budżetowe będą malały na skutek ograniczenia działalności gospodarczej czy ucieczki przed podatkami”.[110]

Laffer przedstawił podstawy teorii, zgodnie z którą redukcja stawek podatkowych może przyczynić się do zwiększenia wpływów budżetowych i na odwrót – zwiększanie stawek może doprowadzić do obniżenia wpływów podatkowych. Jest to po prostu prawo malejących zysków zastosowane do polityki podatkowej. W trakcie neutralnej wymiany handlowej, gdy Smith piecze chleb, a Jones wyrabia wino, mogą handlować jednym bochenkiem za jedną butelkę. Rząd jednak chce z każdej tej transakcji mieć coś dla siebie na sfinansowanie własnych potrzeb - w tym hipotetycznym przypadku jakąś część chleba i jakąś części wina. Zostaje więc wprowadzony klin podatkowy pomiędzy Smitha i Jonesa. Jeżeli będzie powiększany do punktu w którym Smith i Jones zdecydują, że ich handel już nie ma sensu, ponieważ rząd będzie zabierał większą część chleba i wina, opuszczą rynek i rząd nie dostanie nic.

„Klin” w modelu Laffera jest rządowym klinem między dwoma potencjalnymi kontrahentami. Laffer przedstawił go na przykładzie klina między pracodawcą i pracownikiem. Pracownik ma pensję w wysokości $12,50 na godzinę lub $500 tygodniowo, ale ponieważ rząd zabiera część jego dochodu w postaci podatku, pracownik otrzymuje tylko $380 tygodniowo, lub $9,50 za godzinę. Różnica w wysokości $120 przez tydzień jest tym właśnie klinem. Pracownik zarabia niby $500, ale dostaje tylko $380 za swoją pracę i ma tendencję pracować mniej, gdy klin ten jeszcze bardziej wzrasta przy progresywnym podatku dochodowym, który sprawia, że pracując o 50% dłużej i wydajniej wcale nie dostaje 150% dotychczasowego wynagrodzenia, tylko mniej. Na świecie klin ten stał się szczególnie uciążliwy w okresie wysokiej inflacji pod koniec lat 70-tych, gdy dochody pracowników przesuwały się do wyższych przedziałów podatkowych bez żadnego przyrostu ich siły nabywczej. W 1965 amerykański stolarz był opłacany $3,12 na godzinę lub $125 przez tydzień albo $6.500 przez rok. Po zapłaceniu wszystkich podatków, włączając ubezpieczenie społeczne, na liście płac pozostawało $118 na tydzień, jeżeli miał on żonę i dwoje dzieci. Na każdego członka rodziny przypadał bowiem odpis podatkowy w wysokości $500, co oznaczało, że stolarz uzyskiwał podlegający opodatkowaniu dochód w wysokości $4.500 rocznie albo $86 tygodniowo. Równocześnie pracodawca płacił za każdą godzinę pracy stolarza dodatkowo 25 centów (a więc ponad $500 rocznie) składek ubezpieczeniowych, co w sumie dawało ponad $7.000 rocznie za jego pracę. Rząd zabierał jednak z tego w różnej postaci $364 czyli 5,2% wynagrodzenia brutto. Po 30 latach inflacji sytuacja stolarza i jego pracodawcy stała się znacznie gorsza. Otrzymywał on pensję brutto w wysokości $25 na godzinę, $1.000 tygodniowo, $52.000 rocznie. W dodatku wynegocjował on z pracodawcą składkę ubezpieczeniową w łącznej wysokości $5 na godzinę, co dawało kolejne $10.400 rocznie. Stolarz nie tylko przesunął się do wyższego progu podatkowego z powodu inflacji, ale także wartość jego rodzinnego odpisu, w wysokości $1.000 na członka rodziny, nie nadążała za inflacją. Stolarz uzyskał podlegający opodatkowaniu dochód w wysokości $48.000. Po różnych odpisach i ulgach jego roczny dochód netto wyniósł $36.000. Jego pracodawca płacił jednak w sumie ze składkami ubezpieczeniowymi za pracę stolarza $62.400. „Klin” wyniósł więc $16.000 czyli powyżej 25% całkowitego dochodu, w porównaniu do 5,2% trzydzieści lat wcześniej. W 1965 cena złota wynosiła $35 za uncję. W ciągu roku stolarz zarabiał więc 190 uncji złota, które mógłby kupić za zarobione pieniądze. Po 30 latach, przy cenie złota $325 za uncję, stolarz mógł kupić rocznie 111 uncji złota. Ta różnica pokazuje dlaczego żona stolarza musiała pracować co najmniej na niepełnym etacie aby mogli utrzymać poziom dochodów z roku 1965.

Na bazie tych obserwacji powstał wykres krzywej, narysowany pierwszy raz przez Laffera na kawiarnianej serwetce w roku 1974, nazwanej i rozpowszechnionej przez Wanninskiego  właśnie jako „Krzywa Laffera”.

Możemy skonstruować funkcję R(T), gdzie T to stopa podatkowa (od 0 do 1 to jest od 0% do 100%), a R to wpływy z tytułu podatku. Funkcja jest równa 0 dla T=0% i dla T=100%. Funkcja ma wartości dodatnie w  przedziale od 0% do 100% i ma swoje ekstremum lokalne (i globalne) w tym przedziale. O optymalnej stopie podatkowej maksymalizującej wpływy budżetowe (TMAX) możemy mówić wtedy, gdy spełnia ona warunek optymalności Pareto, to znaczy rząd i podatnicy są w lepszej sytuacji (szczególnie finansowej) przy stopie podatkowej TMAX, aniżeli przy innej stopie podatkowej T większej od TMAX. Kształt Krzywej Laffera determinują skrajne stopy podatkowe. Gdyby wysokość stopy podatkowej wynosiła 0% wpływy państwa będą również wynosiły zero. Jednakże przy stopie podatkowej 100% wpływy państwa  także wyniosą zero. Nikt nie będzie pracował gdyby cały dochód miał mu zostać odebrany - nie będzie zatem czego opodatkowywać. Optymalna stopa podatkowa mieści się więc gdzieś pomiędzy tymi skrajnościami. Przekroczenie tego optimum powoduje spadek dochodów państwa - mimo zwiększenia stopy podatkowej wpływy z podatków zaczynają maleć. Remedium na poprawę sytuacji budżetu państwa nie jest więc kolejne zwiększenie stawek podatkowych, a wręcz przeciwnie - ich obniżenie. Istnieją bowiem dwie stopy podatkowe przynoszące ten sam dochód: jedna położona jest powyżej, a druga poniżej stopy optymalnej. W przypadku, gdy realna stopa podatkowa jest wyższa od optymalnej, redukcja podatków przyniesie wzrost wpływów, poprzez zwiększenie podstawy opodatkowania. Gdy zaś stopa podatkowa znajduje się poniżej owego optimum wzrost wpływów można będzie osiągnąć poprzez działanie odwrotne - czyli podwyżkę stawek podatkowych. Podatki  mają bowiem - jak pisze Leszek Filipowicz - dwoisty charakter: z jednej strony wywołują efekt arytmetyczny (wyższe podatki - wyższe wpływy), z drugiej zaś efekt ekonomiczny (wyższe podatki - niższa produkcja - niższe wpływy).[111]

Gdy stawka podatkowa wynosi 100% w gospodarce pieniężnej cała produkcja ustaje, z wyjątkiem tej, którą można wymienić w barterze. Ludzie nie pracują jeśli wszystkie owoce ich pracy są konfiskowane przez rząd. Dlatego, ponieważ produkcja ustaje, to nawet przy 100% stawce podatkowej rząd nie uzyskuje żadnych przychodów gdyż nie ma nic do skonfiskowania. Z drugiej strony, gdy stawka podatkowa wynosi 0%, ludzie mogą zatrzymać 100% uzyskanych przez siebie dochodów. Nie istnieje różnica pomiędzy wynagrodzeniem i dochodem po opodatkowaniu. Nie istnieją rządowe bariery dla rozwoju przedsiębiorczości. Produkcja jest maksymalizowana. Ponieważ jednak stawka podatkowa wynosi 0% przychody rządu także wynoszą 0. W przypadku stawki zerowej gospodarka znajduje się  stanie anarchii. Przy stawce stuprocentowej gospodarka funkcjonuje tylko dzięki wymianie barterowej. Pomiędzy tymi punktami przebiega krzywa wyznaczona przez Laffera. Gdy rząd zredukuje stawki podatkowe poniżej 100% i sprowadzi je do jakiegoś hipotetycznego punktu A, pewien segment gospodarki wymiennej może stać się bardziej wydajny przez przejście do gospodarki pieniężnej. Wówczas, nawet przy zmniejszonej stawce podatkowej rząd ma szansę uzyskać jakieś przychody. Wpływy budżetowe rosną, chociaż podatki maleją. Na drugim końcu krzywej można zaobserwować podobną prawidłowość. Gdy ludzie uznają, że potrzebują rządu dla własnej ochrony opodatkowują się na ten cel. Wówczas rosną zarówno podatki, jak i wpływy budżetowe. Na osi współrzędnych stawek podatkowych i przychodów państwa sytuacje tę obrazuje punkt oznaczony literą B. Co ciekawe, wysokość przychodów jest w pierwszym (punkt A) i w drugim (punkt B) przypadku taka sama. Punkt A przedstawia jednak bardzo wysoką stawkę podatkową przy niskiej produktywności. Punkt B przedstawia bardzo niską stawkę podatkową przy wysokiej produktywności. Tak samo wygląda sytuacja po dalszym zmniejszeniu podatków z poziomu A do C lub ich zwiększeniu z poziomu B do D. Przychody państwa z jednej strony i produkcja z drugiej maksymalizowane są w punkcie E. Jeśli po osiągnięciu tego punktu nastąpi zmniejszenie stawki podatkowej - przychody państwa spadną. Jeżeli jednak nastąpi podwyższenie stawki podatkowej - przychody państwa także spadną. Nie oznacza to jednak, że nie różnicy w którą stronę na Krzywej Laffera przesunie się punkt styku współrzędnych. Obniżka podatków spowoduje co prawda zmniejszenie przychodów państwa, na skutek obniżki podatków, ale przy wzroście produkcji. Podwyżka podatków spowoduje natomiast taką samą redukcję przychodów państwa, na skutek zmniejszenia produkcji, ale właśnie przy spadku tejże produkcji. Z punktu widzenia gospodarki narodowej ta druga sytuacja jest zdecydowanie gorsza.

Realne zmiany w wielkości produkcji następują pod wpływem zmian w ilości i jakości czynników produkcji. Jednym z najważniejszych czynników wpływających na poziom produkcji jest system podatkowy. Każdy podatek jest bowiem źródłem tak zwanego efektu akcyzowego - nałożony na jakiekolwiek dobro, podwyższa jego cenę (koszt) w porównaniu z innymi dobrami. Filipowicz opisuje to zjawisko w odniesieniu do tak istotnego elementu sytuacji gospodarczej, jak siła robocza: „Załóżmy, że jednostki mogą w dowolnym stosunku dzielić swój czas pomiędzy pracę i wypoczynek /.../ a każda godzina przeznaczona dodatkowo na pracę wymaga zrezygnowania z jednej godziny wypoczynku, i odwrotnie. Skoro więc każda godzina pracy jest opodatkowana, podnosi to jej względny koszt w stosunku do wypoczynku. Praca po opodatkowaniu przynosi mniejszy dochód, zatem przeznaczenie dodatkowej godziny na wypoczynek kosztuje teraz taniej. Odwrotnie, rezygnacja z godziny wypoczynku jest na skutek podatków mniej opłacalna wobec mniejszego dochodu, jaki przynosi godzina pracy. Podatki wpływają więc na zmniejszenie ogólnej puli czasu, jaki jednostki przeznaczają na działalność rynkową...”[112] Zbyt wysokie stawki podatkowe powodują nie tylko spadek podaży najistotniejszych czynników produkcji: pracy i kapitału, ale także spadek popytu na te czynniki. Powstaje wówczas tak zwane sprzężenie zwrotne i gospodarka pogrąża się w stagnacji. W nauce polskiej zauważył to zjawisko R. Rybarski, pisząc już w roku 1933: „źródłem siły podatkowej społeczeństwa jest jego bogactwo, jego produkcja (...) nie można przykręcać bez końca śruby podatkowej bo ona pęknie”.[113]

Z zasadą  tą - jak twierdzi Wanniski - mamy możność zapoznać się już w pierwszych chwilach naszego życia. „Gdy dziecko spokojnie leży w łóżeczku, matka pozostająca w innym pomieszczeniu nie zwraca na nie uwagi. „Opodatkowanie” matki przez dziecko wynosi zero, przynosząc „dochód” zerowy, jakim mogłoby być zainteresowanie z jej strony. Gdy zaś najedzone i przewinięte dziecko nieustannie płacze, matka, podobnie jak poprzednio, nie zwraca na nie uwagi. Chociaż jej „opodatkowanie” wynosi teraz 100%, przynosi, tak samo jak w pierwszym przypadku, zerowe zainteresowanie”.[114]

Spostrzeżenie dokonane przez Laffera jest prawdziwe bez względu na to, czy przywódca polityczny stoi na czele narodu, czy jednej rodziny. Ojciec, który dyscyplinuje syna w punkcie A, ustanawiając srogie kary za naruszenie bardziej lub mniej ważnych zasad, zachęca tylko do buntu, skrytości i kłamstw (co w skali kraju odpowiada uchylaniu się od płacenia podatków). Nadmiernie pobłażliwy ojciec, który dyscyplinuje syna zwykle w punkcie B, igra z niebezpieczeństwem otwartego, nieobliczalnego buntu; niezależność jego syna i jego względnie nieskrępowany rozwój odbywa się ze szkodą dla reszty rodziny. Mądry rodzic postara się zatem wyznaczyć punkt E, który najprawdopodobniej będzie różny w zależności od dziecka, tego, czy jest to syn, czy córka.[115]

Jak pisze Wojciech Bieńkowski, „niższe podatki nie muszą więc w długim okresie wywoływać deficytu budżetowego, gdyż działają motywacyjnie na zwiększenie podaży czynników produkcji i chęć ich wykorzystania, zwiększając tym samym ogólną podstawę opodatkowania i w konsekwencji również dochody budżetu”.[116] W handlu obowiązuje bowiem święta zasada: mały zysk jednostkowy - duży obrót - duży zysk całkowity. Przekładając ją na język finansów publicznych można powiedzieć: niskie podatki - większy wzrost gospodarczy - większe wpływy do budżetu. Podatki bowiem to przecież nic innego jak cena za usługi państwa. Istnieje jednak jedna poważna różnica pomiędzy prywatnym handlem i finansami publicznymi. Indywidualny przedsiębiorca zawsze musi liczyć się z konkurencją i dlatego nie może windować swoich cen. Państwo konkurencji nie ma. Ograniczać się musi więc samo.

Zdaniem krytyków Krzywej Laffera reakcje podatników na zmiany stawek podatkowych nie są na tyle silne, by przyjąć wniosek, iż redukcja podatków tak zwiększyłaby bazę opodatkowania, iż wpływy nie uległyby obniżeniu.[117] Leszek Filipowicz pokusił się nawet o matematyczne wyliczenie. Jeżeli ktoś zarabia 100 złotych i płaci 10 złotych podatku według stopy 10% i nastąpi redukcja podatków o 30%, a więc do stopy 7% to podatnik zapłaci od tych samych 100 złotych już tylko 7 złotych. Aby zatem wpływy rządu pozostały bez zmian, dany podatnik musiałby zwiększyć swoje dochody do 143 złotych (0,07x143=10), czyli aż o 43%, co nie wydaje się możliwe. W mikroskali, w odniesieniu do konkretnego podatnika będącego pracownikiem najemnym, którego przykład rozważa Filipowicz, takie zwiększenie byłoby rzeczywiści trudne. Autor zapomina jednak o drugiej stronie medalu, o konsekwencjach długofalowych. Po pierwsze, można z dużą dozą prawdopodobieństwa przyjąć, iż podatnik, który zaoszczędził na podatku 3 złote (redukcja z 10 na 7) w jakiś sposób je wyda. Jak by tego nie zrobił, zapłaci jakiś podatek. Przyjmijmy, że będzie to jakiś podatek obrotowy: jednorazowy lub od wartości dodanej (przyjmijmy dla uproszczenia, że w wysokości 10% - choć obecnie w Polsce obowiązuje stawka podstawowa 22%). Wpływy państwa nie zmaleją więc o 3 złote, tylko o 2 złote 70 groszy. Ale jednocześnie ktoś inny zarobi owe 2 złote i 70 groszy. Zapłaci więc od tego podatek dochodowy, a pozostałą kwotę także w jakiś sposób wyda, płacąc podatek obrotowy. Ktoś następny także zapłaci podatek dochodowy itd. Strata rządu nie wyniesie więc 3 złote, tylko znacznie mniej. Po wtóre, w makroskali nastąpi, tak bardzo przecież przez neokeynesistów gloryfikowany wzrost popytu, gdyż obywatele przeznaczą pieniądze, których im rząd nie odbierze na inwestycje lub konsumpcje lub zwiększą oszczędności, przy pomocy których będzie można finansować inwestycje. Dodatkowo musimy pamiętać, iż przykład pracownika najemnego nie oddaje całości stosunków ekonomicznych, a tylko ich wyrywek. Tak naprawdę o wielkości produktu narodowego brutto decyduje to, co się dzieje w przedsiębiorstwach płacących podatki z tytułu prowadzonej działalności gospodarczej. W ich przypadku zmniejszenie opodatkowania o 30% zaowocuje najprawdopodobniej zwiększeniem inwestycji. Niektórzy, być może, dołączą do grona pracowników najemnych i zaoszczędzoną na podatku kwotę skonsumują. Do nich odnosić się będą te same argumenty, co do wydatków dokonywanych przez pracowników najemnych. Można jednak z całą odpowiedzialnością przyjąć, że większość z nich zaoszczędzone pieniądze zainwestuje. W wielu przypadkach zainwestowane zostanie całe 30%. Przedsiębiorcy zdają sobie bowiem doskonale sprawę, że we współczesnej gospodarce globalnej kto się nie rozwija tylko stoi w miejscu, ten się praktycznie cofa. Każdy przedsiębiorca zmierza więc do rozwinięcia swojej działalności, jeżeli tylko to mu się opłaca. Zwiększenie inwestycji oznacza zaś zwiększenie zatrudnienia. Zwiększenie zatrudnienia oznacza zmniejszenie obciążeń państwa z tytułu zasiłków dla bezrobotnych i wzrost ogólnej kwoty podatków, które zaczną być płacone przez dotychczasowych bezrobotnych.

Tak więc, jak by powiedział Henry Hazlitt, ktoś, kto patrzy tylko na dzisiejsze dochody państwa dostrzeże w redukcji podatku dochodowego o 30% stratę 30% przychodów. Ktoś inny, kto dostrzega długofalowe skutki wywierane na innych, dostrzeże realną możliwość wzrostu bazy opodatkowania i wpływów podatkowych w przyszłości.

W hipotetycznej fabryce szpilek Smitha to, co jest istotne z punktu widzenia narodu, to nie wysiłek jednostek, ale produktywność jednostek pracujących razem. Kiedy podnosi się stawki podatków, to poszczególni pracownicy mogą pracować ciężej, aby utrzymać dotychczasowy poziom dochodów. Jednak jeżeli właściciel fabryki szpilek jest nieznaczącym producentem, to podwyższone stawki podatkowe mogą go skłonić do przedłożenia wypoczynku nad pracę lub do zmniejszenia poziomu aktywności gospodarczej. W ten sposób system straci całość produkcji fabryki. Jak pisze Wanninski - wyobraźmy sobie, że mamy trzech fachowców od budowy domów. Jeżeli pracują razem, to jeden odpowiada za fundamenty, drugi za szkielet budynku, a trzeci za dach. Razem w ciągu trzech miesięcy potrafią zbudować trzy domy. Jeżeli pracują oddzielnie i każdy stawia inny dom, to na zbudowanie trzech domów potrzebować będą sześciu miesięcy. Przy stawce podatku od budowy domów wynoszącej 49% będą pracowali razem, ponieważ państwo zostawi im skromny zysk z ich podziału pracy. Jeśli jednak stawka podatku wzrośnie do 51%, to w przypadku wspólnej pracy poniosą stratę netto. Wybiorą więc pracę oddzielnie. Gdy fachowcy łączyli swoje wysiłki, to ponieważ pracując razem budowali sześć domów, zamiast trzech, jakie postawiliby oddzielnie, przychody rządu były niemal równe wartości trzech gotowych domów. Jednak przy stawce wynoszącej 51% rząd traci te dochody, a gospodarka traci produkcję trzech dodatkowych domów, jakie powstałyby, gdyby ludzie ci pracowali razem.[118]

Wanninski powołując się na Mundella twierdzi, że jeżeli ustalone przez rząd stawki podatkowe są wysokie, to można je bezpiecznie obniżyć, nawet licząc się z natychmiastowym spadkiem łącznych dochodów – pod warunkiem że gospodarka zacznie rosnąć szybciej i wytwarzać dochód większy niż szacowano przy statycznym założeniu braku zmian zachowań podatników. W tych warunkach może wzrosnąć deficyt, a jednak spadnie oprocentowanie rządowych obligacji! Innymi słowy, jeżeli zmniejszymy stawki podatkowe o 10%, to naturalnym jest oczekiwanie spadku dochodów państwa o 10%. Jeżeli gospodarka będzie rozwijała się szybciej z powodu korzyści związanych z niższymi stawkami podatkowymi, to dochody mogą spaść nieco mniej. Ta różnica wystarczy co najmniej na pokrycie oprocentowania obligacji, które rząd może wypuścić, by sfinansować chwilowy spadek dochodów. W ten sposób rząd zainwestuje w potencjał produkcyjny ludności, zakładając, że zareaguje ona na obniżkę stawek w sposób, który przyniesie stały dochód z tej inwestycji. To właśnie spowodowało, że obniżkom podatków wprowadzonym w Stanach Zjednoczonych przez administrację prezydenta Ronalda Reagana towarzyszył wprawdzie wzrost deficytu, ale również obniżka stóp procentowych. Zjawisko to jest powszechnie akceptowane na poziomie mikroekonomii przedsiębiorstw. Rynek obligacji ocenia emisję obligacji przez jakąś firmę przyglądając się celom, którym posłużą środki uzyskane z obligacji. Jeżeli gracze rynkowi stwierdzą, że emisja przyniesie zysk z inwestycji, to stopa oprocentowania będzie korzystna, a inne zobowiązania firmy mogą nawet zyskać na wartości na rynku wtórnym. Nie ma powodu, dla którego rządowe przychody z obligacji nie miałyby być traktowane w ten sam sposób, zwłaszcza gdy wiadomo, że obligacje są wypuszczane w celu sfinansowania obniżki podatkowej.[119]

Niezwykle istotne w Krzywej Laffera jest to, że wyznaczają ją litery, a nie liczby. Nie wiadomo bowiem, w którym miejscu znajduje się punkt E w konkretnej sytuacji miejsca i czasu. Jest całkiem naturalne, że w różnych krajach będą różne wielkości TMAX, w zależności od historycznych i kulturalnych wydarzeń w przeszłości. Poza tym wielkość ta może ewoluować przez cały czas w zależności od ekonomicznych warunków. Krótkookresowa Krzywa Laffera może różnić się znacząco od długookresowej.[120] W czasach wojny punkt E może leżeć nawet bardzo blisko 100%. Wanninski przywołuje w tym miejscu przykład Stalingradu w czasie II Wojny Światowej, w którym przez 900 dni jego obrońcy, zarówno żołnierze, jak i ludność cywilna, walczyli i pracowali tylko dla dobra publicznego.[121] Z drugiej strony odbudowa Niemiec ze zniszczeń wojennych rozpoczęła się na dobre po roku 1948, gdy za sprawą Ministra Finansów Ludwiga Erharda zredukowano stawki podatkowe, a rząd wycofał się z wielu regulacji w gospodarce. Podobnie wyglądała sytuacja w Japonii, gdzie dopiero po roku 1950, gdy zmniejszono wojenne obciążenia podatkowe nastąpił rozwój gospodarczy. W obu przypadkach zmniejszenie stawek podatkowych zaowocowało ożywieniem gospodarczym i, w dłuższej perspektywie, zwiększeniem przychodów państwa.

Miejsce położenia punktu maksymalizującego wpływy do budżetu zależy więc od wielu czynników. Chris Bolton pisze, że „kiedy wysokość podatku rośnie od 0%, wpływy oczywiście będą rosły. Jednak w miarę zwiększania podatku, gdy coraz więcej pieniędzy jest zabieranych przez rząd, niektórzy przestają pracować - bo im się nie opłaca, inni zmniejszają ilość godzin pracy, a jeszcze inni zaczynają oszukiwać na płaceniu podatków. Te problemy narastają wraz ze wzrostem podatku, mają też wpływ na ściągalność podatku, na skalę wykorzystywania luk podatkowych i ulg. Z tego powodu wpływy zaczynają maleć po osiągnięciu pewnego poziomu. Po tym punkcie zmniejsza się chęć do pracy, rozpoczynania przedsięwzięć, podejmowania ryzyka czyli tego, co powoduje powstawanie miejsc pracy, poprawę sytuacji ekonomicznej i wzrost produktu narodowego brutto (GNP), które łącznie można nazwać Współczynnikiem Aktywności Ekonomicznej. Krzywa Laffera pokazuje, że wpływy są równe GNP x wielkość podatku x stopa zgodności (Compliance Rate). Obniżka podatku może spowodować wzrost wpływów przy wzroście Współczynnika Aktywności Ekonomicznejzwiększającego produkt narodowy brutto i większej akceptacji dla prawa podatkowego (...)”[122]

Choć wydaje się oczywiste, że wzrost stawki podatkowej wpływa na działalność gospodarczą, to jednak zwolennicy wyższych stawek podatkowych nałożonych na bogatych zaprzeczają temu - spostrzegają Robert Hall i Alvin Rabushka.[123] Tymczasem “aby zaprzeczyć, że wyższe stawki podatkowe zniechęcają do działalności gospodarczej trzeba odrzucić jedno z praw ekonomii - prawo popytu - które zakłada, iż ceny i ilości są wzajemnie zależne. (...) Wyższe stawki podatkowe zmniejszają popyt na pracę, oszczędzanie i inwestowanie przez redukcję dochodów po opodatkowaniu. Niższe stawki podatków zwiększają popyt na pracę, oszczędzanie oraz inwestowanie przez zwiększenie dochodów po opodatkowaniu”.[124]

Filipowicz uważa, że „sama teoria nie dostarcza definitywnej odpowiedzi.”[125] Może więc trzeba sprawdzić jak działa ona w praktyce. Wielka Brytania doświadczyła w praktyce efektu przedstawionego przez Laffera już w XIX wieku, gdy swoją politykę finansową wdrażali William Huskisson, Robert Peel i William Gladstone. Zmniejszali oni podatki, co stymulowało rozwój gospodarczy zwiększający podstawę opodatkowania, co w praktyce przyczyniało się do zwiększenia wpływów budżetowych. „Tak jest zawsze - komentował to zjawisko już w roku 1888 Sydney Buxton - wzrost wydatków i niedostatek wpływów zawsze idą w parze. Konieczność utrzymywania wysokich podatków dla zapewnienia wysokich wydatków ogranicza wpływy i hamuje ich wzrost – jest to błędne koło, które może być przerwane tylko przez oszczędność w wydatkach. Oszczędność w wydatkach umożliwia zmniejszenie ciężaru i wzrost wpływów; podatki mogą być zmniejszone, co powoduje dalszy wzrost dochodów”.[126] W praktyce pierwszym eksperymentem tego rodzaju była reforma ceł w 1825 roku. Polegała ona na radykalnym obniżeniu większości stawek celnych na artykuły importowane. Niektóre cła na bawełnę zmniejszono nawet z 75% do 10%. Cło na żelazo zmniejszono z 6 funtów i 10 szylingów do 1 funta i 10 szylingów za tonę. Mimo to, a może właśnie dlatego, w roku 1826 dochody skarbu państwa z tytułu ceł nie tylko nie spadły, ale nawet zaczęły rosnąć. Prawo Laffera zadziałało od razu. Już wówczas zaobserwował to zjawisko Poulett Thomson stwierdzając, że podniesienie poziomu ceł powyżej pewnego punktu powoduje spadek dochodów państwa, podczas gdy ich obniżenie powoduje ich wzrost przy jednoczesnym spadku cen.[127]Potwierdziły to kolejne reformy celne. Choć w ciągu pięciu lat reformowania systemu celnego Peel zmniejszył opłaty celne o 2,5 miliona funtów rocznie, to rozwój gospodarczy tymi reformami spowodowany zaowocował zwiększeniem wpływów budżetowych z 50 milionów funtów w roku 1841 do 55 milionów w roku 1846. Rzecz jasna nie każda redukcja ceł powodowała wzrost wpływów już w następnym roku podatkowym. Początkowo na imporcie niektórych grup towarów budżet odnotowywał stratę. Na przykład strata wpływów z tytułu zmniejszenia stawek celnych na skóry garbowane do roku 1845 wyniosła prawie 37.000 funtów, na terpentynę prawie 80.000 funtów, a na olej palmowy 8.500 funtów. Ale handel tymi towarami zwiększył się odpowiednio o 454.000, 53.000 i 123.000 funtów. Na każdy funt redukcji dochodów państwa przypadały 4 funty korzyści dla sektora prywatnego. W perspektywie długofalowej owocowało to zwiększeniem wpływów budżetowych, potwierdzając prawo Laffera. W odniesieniu do innych grup towarów na potwierdzenie tego prawa nie trzeba było nawet czekać. Cło na rudę miedzi w roku 1842 nie przyniosło praktycznie żadnych wpływów budżetowych. Po jego zmniejszeniu w  roku 1843 wpływy wyniosły 47.000 funtów, a w roku 1844 już 70.000 funtów. Podobnie było z przetworami z wielorybów. Choć cła na  nie zmalały, to wpływy budżetowe z tytułu ich importu wzrosły już w następnym roku prawie o 50.000 funtów. 

W Paryżu, gdy w roku 1775 Turgot obniżył o połowę opłatę za przywóz do miasta świeżych ryb i opłatę targową, łączna kwota wpływów z tego tytułu nie uległa zmianie. Konsumpcja ryb została podwojona, toteż rybacy i kupcy podwoili utarg i zyski.[128] Konsumpcję soli szacowano w tym czasie na dziewięć funtów na osobę w tych prowincjach, w których istniał podatek od soli i na osiemnaście funtów w tych prowincjach, w których podatku takiego nie było.[129]

Jak twierdzi Humboldt, gdy w roku 1778 rząd Hiszpanii zdecydował się na złagodzenie polityki fiskalnej w swoich koloniach, w ciągu 13 lat dochód brutto w samym tylko Meksyku wzrósł o przeszło 102 miliony piastrów, a ilość gotówki przywiezionej z Meksyku do Hiszpanii wzrosła w tym czasie o ponad 14 milionów piastrów.[130]

W drugą stronę też prawo to działało. W roku 1804, gdy rząd angielski podniósł cło na cukier o 20% szacowano, że wpływy, które rok wcześniej wynosiły 2.778.000 funtów wzrosną o jedną piątą do 3.330.000 funtów. Tymczasem spadły one do poziomu niższego niż przed podwyżką i wyniosły 2.537.000 funtów.[131] Jak konkluduje Jean Baptiste Say „podatek przesadny niszczy podstawę wymiaru”.[132]

W Stanach Zjednoczonych pierwszy eksperyment obniżenia podatków podjęto w latach 20-tych, gdy za rządów republikańskich prezydentów Warrena Hardinga i Calvina Coolidge’a Sekretarzem Skarbu został Andrew Mellon. W roku 1924 pisał on: „historia opodatkowania pokazuje, iż nadmierne podatki nie są płacone. (...) W rezultacie źródła dochodu z opodatkowania wysychają; (...) kapitał kierowany jest tam, gdzie nie przynosi ani dochodów państwu, ani zysków ludziom (...) wysokie stopy opodatkowania przynoszą każdego roku coraz mniej dochodów rządowi. (...) Zmniejszając wysokie stopy o połowę, rząd, otrzyma więcej dochodu od zamożnych podatników, niżby otrzymał przy obowiązywaniu wysokich stawek. Zupełnie podobnie, jak w przypadku pana Forda, który robi większe pieniądze ceniąc swoje samochody na 380 dolarów zamiast 3.000”.[133] Kierując się tym przesłaniem Mellon przeprowadził trzy operacje obniżenia podatków w latach 1921, 1924 i 1926 ze stawki 73% do 25%.  Choć oponenci przestrzegali go, że zmniejszenie stawek podatkowych spowoduje niebezpieczny spadek wpływów budżetowych, w rzeczywistości indywidualne podatki zapłacone po obniżce w roku 1925 były wyższe, niż przed obniżką w roku 1924. Nastąpiło bowiem ożywienie gospodarcze, które zaowocowało wzrostem wpływów. „W długim okresie czasu stosowanie umiarkowanych stawek opodatkowania dochodów indywidualnych jest bardziej produktywne niż stosowane stawek wysokich” - konkludował Mellon swoje doświadczenia w roku 1927.[134] W rezultacie dochód narodowy brutto w latach 1921-1929 przyrastał o około 6% rocznie i wzrósł z $69,9 mld  do $103,1 mld. A jako że ceny realne w tym okresie spadły, rzeczywisty wzrost dochodu narodowego brutto wyniósł 54%. Przychody państwa wzrosły zaś do tego stopnia, że Mellon mógł zredukować deficyt budżetowy z $24,3 do $16,9.[135] Wprowadzona przez niego reforma nie była ukierunkowana na najzamożniejszych, którzy zaczęli płacić proporcjonalnie więcej podatków niż przed reformą. Dla porównania w roku 1921 podatnicy o dochodach powyżej $100.000  zapłacili podatki, które stanowiły 28% wszystkich wpływów podatkowych, a w roku 1926 podatki płacone przez tę samą grupę stanowiły już 51% całości wpływów. Z drugiej strony osoby z dochodami najmniejszymi poniżej $10.000  w roku 1921 zapłaciły 23% a w roku 1926 tylko 5% ogólnej kwoty wpływów podatkowych.[136]

Gdy kolejnej obniżki dokonała administracja Kennedy’ego w latach 1961-1963 z 91 do 70% wpływy podatkowe w latach 1961-1968 wzrosły nominalnie o 62%, co po uwzględnieniu inflacji z tamtego okresu daje i ta realny wzrost o ponad 30%. Prezydent Kennedy w swym, cytowanym już, wystąpieniu w Economic Club of New York stwierdził także: „nasz prawdziwy wybór nie leży pomiędzy redukcją podatków z jednej strony i uniknięciem federalnego deficytu z drugiej strony [...] Oczywista lekcja ostatniej dekady jest to, że deficyt budżetowy nie powstają na skutek dzikich wydatków lecz na skutek zbyt powolnego wzrostu ekonomicznego i cyklicznych recesji. [...] Celem obniżania podatków w chwili obecnej nie jest zwiększenie deficytu budżetowego, ale osiągnięcie bardziej dochodowej i rozwijającej się gospodarki, która spowoduje nadwyżki budżetowe”.[137] Jego słowa potwierdziła praktyka. Udział wpływów podatkowych od najbogatszych amerykanów wzrósł z 11,6% w roku 1963 do 15,1% w roku 1966.  Już w roku 1965, pierwszym, w którym obowiązywały nowe stawki podatkowe, najbogatsi podatnicy zadeklarowali wyższe dochody podlegające opodatkowaniu i w efekcie zapłacili wyższy podatek, niż płacili według starego systemu. 

Teorię Laffera, bazując na wcześniejszych doświadczeniach Mellona i Kennedy’ego zaczęto na większą skalę stosować w praktyce w latach 80-tych. Zaczęło się wszystko w Kalifornii. 6 czerwca 1978 roku przyjęto w tym Stanie tak zwaną Poprawkę 13, zmniejszającą o 50% podatki od nieruchomości. Bruce Herschensohn uczynił podatek liniowy głównym elementem swojej kampanii wyborczej w Kalifornii w wyborach do Senatu. Steve Forbes promował podatek liniowy w swej kampanii o nominację na kandydata Partii Republikańskiej na prezydenta. Kongresman Richard Armey i Senator Richard Shelby przedstawili Freedom and Fairness Restoration Act (Ustawa o Przywróceniu Wolności i Sprawiedliwości)[138], w której proponuje się jednolitą stawkę 17 procent, przy jednoczesnej kwocie wolnej od podatku w rożnej wysokości dla podatnika indywidualnego (11.350 dolarów) dla samotnego rodzica lub opiekuna (14.850 dolarów), dla pary małżeńskiej, która składa wspólną deklarację podatkową (22.700 dolarów) i dla każdego członka rodziny znajdującego się na ich utrzymaniu (5.300 dolarów). Rewolta podatkowa stała się faktem. Reagan obniżył stawki podatkowe z 70 do 28% a mimo to, albo właśnie dlatego, wpływy podatkowe miedzy rokiem 1983 a 1989 wzrosły o 28%. Potwierdziła się także po raz trzeci prawidłowość, że obniżenie podatków zwiększa procentowy udział podatków płaconych przez najbogatszych w ogólnej kwocie wpływów podatkowych. O ile w roku 1981 5% najzamożniejszych obywateli dostarczało budżetowi 35,4% wpływów z podatku dochodowego od osób fizycznych, to w roku 1990 ich udział wyniósł już 44%. Udział płacony przez najbogatszych podatników stanowiących 1% ogółu amerykańskiej populacji wzrósł z 17,9% do 25,6%. Natomiast dolne 50% podatników zmniejszyło w tym samym czasie swój udział w ogólnej kwocie płaconych podatków z 7,4% do 5,7%. Jack Kemp, jeden z głównych architektów obniżenia stawek podatkowych w obozie Reagana, stwierdził wówczas, że są “dwie stawki podatkowe, które przynoszą takie same wpływy podatkowe: wysoka stawka przy niskiej produkcji i niska stawka przy wysokiej produkcji”.[139]

Obserwując, jakie skutki miało to dla amerykańskiej ekonomii, jak wpłynęło na budżet państwa i jego deficyt oraz na wysokość podatków płaconych przez poszczególne klasy społeczne, można, jak twierdzi Daniel J. Mitchell, wysnuć wnioski na dzień dzisiejszy. Gdy stawki podatkowe maleją gospodarka lepiej prosperuje, wpływy podatkowe rosną a obywatele o niższych dochodach płacą proporcjonalnie mniej podatków.[140] Niższe stawki podatkowe powodują wzrost gospodarczy poprzez ograniczenie „karania” pracy, oszczędzania i inwestowania – twierdzi Mitchell.[141]

Jednakże w roku 1990 prezydent George Busch Senior nie dotrzymał danego wyborcom słowa i górna stawka podatku osobistego podniesiona została z 28% do 31%, co, nota bene. było jednym z powodów jego porażki wyborczej w roku 1992, gdy starał się o reelekcję. Niemniej, jak wykazali Hall i Rabushka, „statystyka za rok 1991, pierwszy rok podatkowy po wzroście stawki podatkowej z 1990 roku, ukazała, że zarówno bardzo bogaci z górnego progu dystrybucji dochodów (górne 1%) jak i zwykli bogaci (górne 5%) płacili mniejsze udziały całości podatku dochodowego w roku 1991 niż w roku 1990”[142] (sic !!!). O ile bowiem na pozytywne skutki obniżenia podatków zawsze trzeba poczekać, o tyle negatywne skutki ich podwyższenia często, aczkolwiek nie zawsze, przejawiają się dużo szybciej. Podatnicy starają się bowiem ukryć swoje dochody przed fiskusem od razu w pierwszym roku podatkowym po podwyżce podatków.

Przykład amerykański podziałał także na inne kraje. W Wielkiej Brytanii stawki podatków osobistych zredukowano z 83% w roku 1979 do 40% w roku 1989, we Włoszech odpowiednio od 72 do 50%, w Japonii z 75 do 50%, w Kanadzie z 43 do 29% i nawet w słynących z rozbudowanych programów socjalnych Niemczech podatki obniżono, choć już tylko o 3% (z 56 do 53). Obniżono je także w rządzonej przez socjalistyczne rządy Francji także o 3% (z 60 do 57). Dane uśrednione dla wszystkich państw OECD nie przedstawiają się jednak tak różowo. Co prawda w latach 1960-1980 wpływy podatkowe wyrażone jako procent PKB wzrosły o 5% (z 27 do 32%), a w latach 1980-1995 już tylko o 2,75% (z 32 do 24,8%), ale oznaczało to jedynie osłabienie tempa wzrostu tego wskaźnika, a nie jego obniżenie. W niektórych państwach wprowadzono jednak nie tylko obniżkę przeciętnych stawek opodatkowania, ale także redukcję podatków krańcowych, „decydujących - jak pisze Bieńkowski - o charakterze zachowań poszczególnych podmiotów gospodarczych”.[143] Zastosowano zatem teorię, że „niższe podatki nie muszą w długim okresie wywoływać deficytu budżetowego, gdyż działają motywacyjnie na zwiększenie podaży czynników produkcji i chęć ich wykorzystania, zwiększając tym samym ogólną podstawę opodatkowania i w konsekwencji również dochody budżetu”.[144] Teoria ta sprawdziła się w praktyce. W Stanach Zjednoczonych obniżenie stawek podatkowych spowodowało zwiększenie podaży pracy o 2%,[145] a co ważniejsze, spowodowało przyspieszenie procesów inwestycyjnych w latach 1982-84 aż o 20%[146], czego rezultaty, święcąca triumfy gospodarka amerykańska zaczęła w drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych. Nie bez przyczyny najlepsza sytuacja gospodarcza powstała w krajach, gdzie redukcje podatkowe były najwyższe - w Stanach Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii. Reformy rynkowe wprowadzone w Wielkiej Brytanii za premierostwa Margaret Thatcher i w Stanach Zjednoczonych za prezydentury Reagana przyniosły odpowiednie skutki ekonomiczne. Natomiast gospodarka francuska i niemiecka, gdzie redukcje podatkowe były raczej symboliczne, zaczynają przejawiać oznaki poważnego kryzysu. Gospodarki te, dławione podatkami, które nie otrzymały mocnego zastrzyku świeżej krwi w postaci bardziej radykalnej redukcji podatków, nie wytrzymały po prostu konkurencji. Dlatego u progu 1997 roku w Niemczech rozpętała się batalia o radykalna zmianę systemu podatkowego, która nie doszła do skutku z powodów czysto politycznych. Opozycyjna wówczas SPD kwestię “sprawiedliwości opodatkowania” zamierzała wykorzystać  bowiem w nadchodzącej kampanii wyborczej do Bundestagu w roku 1998. Jednak po zwycięstwie wyborczym i objęciu urzędu kanclerskiego przez Gerharda Schredera, a urzędu ministra finansów przez Oskara Lafointain’a, a wiec jednego z bardziej lewicujących polityków nowej koalicji rządowej, doszło do obniżki podatków, choć opozycyjna CDU zarzuciła zbytnią opieszałość w reformowaniu systemu podatkowego i obniżania podatków. Górną stawkę podatku dochodowego od osób fizycznych zmniejszono o 6% (z 51 do 45). Stawkę podatku dochodowego od osób prawnych zmniejszono o 15 % (z 40 do 25) znosząc także podatek od zysków kapitałowych ze sprzedaży akcji. 

Z tych samych powodów w roku 1997 nawet tradycyjnie dogmatyczna brytyjska Partia Pracy mogła po 18 latach przesiadywania na ławach opozycji powrócić do władzy tylko dzięki zaakceptowaniu w praktyce klasycznego podejścia do ekonomii i podatków, których obiecano nie podnosić. Co prawda podwyższono składkę na ubezpieczenia zdrowotne najzamożniejszych obywateli i zniesiono zwolnienie podatku od dywidend dla funduszy emerytalnych, ale równocześnie zmniejszono stawkę podatku od osób prawnych z 33% na 30%, a podstawową stawkę podatku od osób fizycznych z 23% na 22%. 

Koniec XX wieku wywołał zresztą niespodziewaną chęć obniżania podatków u większości polityków. Po objęciu teki Ministra Finansów Francji przez Leurenta Fabius w roku 2000 zmniejszono o jeden procent podstawową stawkę podatku VAT i zapowiedziano kolejne obniżki innych podatków. Po zwycięstwie w wyborach regionalnych, przed spodziewanym zwycięstwem w wyborach powszechnych za cięciami podatkowymi opowiedział się lider włoskiej prawicy Silvio Berlusconi. W Kanadzie rządząca Partia Liberalna zapowiedziała redukcję podatków w latach 2000 – 2005 o 58 mld dolarów. Stawki podatków od przedsiębiorstw mają zostać obniżone z 28% na 21%. Średnia stawka podatkowa dla osób zarabiających od 30.000 dolarów do 65.000 dolarów ma zostać zmniejszona z 26% do 23%. Takie posunięcia wywołują niepokój Komisji Europejskiej i Międzynarodowego Funduszu Walutowego, które zalecają, szczególnie krajom szybko rozwijającym się, jak Irlandia i Hiszpania, by nie łagodziły obciążeń fiskalnych, lecz przeciwnie zwiększały je dla ostudzenia koniunktury gospodarczej. Jak donosi The Wall Street Journal Europe, „w odpowiedzi na te rady irlandzki minister finansów stwierdził, że w Komisji Europejskiej siedzą komuniści, którzy zawsze będą się sprzeciwiać obniżaniu podatków”.[147] Niemniej, na początku kwietnia 2004 roku kanclerz Niemiec Gerhard Schroder i premier Szwecji Georg Person skrytykowali kraje przystępujące do Unii Europejskiej za obniżanie podatków i prowadzenie konkurencji podatkowej. Stwierdzili oni, że nie wyobrażalna jest sytuacja, aby z podatków płaconych przez obywateli „Starej Europy” finansowane były fundusze i dopłaty wykorzystywane przez państwa wstępujące do Unii i aby dzięki temu rozwijała się tam klasa wyższa nie płacąca tak wysokich podatków. Hipokryzja tego typu myślenia jest porażająca. Wysokie podatki obowiązywały w Niemczech, a zwłaszcza w Szwecji, gdy nikomu nie śniło się nawet rozszerzenie Unii Europejskiej. Twierdzenie więc, że wysokie podatki są utrzymywane dla finansowania procesu poszerzenia Unii i jej nowych państw członkowskich jest całkowicie chybione. 

W Polsce podwyżka ceł i podatków na samochody sprowadzane z zagranicy w latach 1990-1991 spowodowała nie wzrost tylko spadek wpływów budżetowych z tego tytułu. Sytuacja powtórzyła się w roku 2000. Po wzroście akcyzy na popularne auta z 4 do 6% ich sprzedaż w maju 2000 roku zmalała w porównaniu z rokiem poprzednim o 26%. Sam wpływ z tytułu akcyzy zwiększył się co prawda o 30 milionów, ale wpływ z podatku VAT zmalał o 43  miliony. Strata państwa wyniosła więc 13 milionów.[148] Podobnie wyglądała sytuacja z wpływami budżetowymi z tytułu akcyzy na wyroby spirytusowe pod koniec lat dziewięćdziesiątych. Mimo kolejnych podwyżek stawki podatku akcyzowego wpływy z tego tytułu w roku 1999 były niższe niż w roku 1998. Gdy w roku 2002 stawka akcyzy została obniżona, wpływy z tego tytułu wzrosły. Mniej opłacalny stały się bowiem zarówno przemyt, jak i bimbrownictwo, gdyż różnica w cenie alkoholu legalnego i nielegalnego nie była już tak dramatycznie duża. Widać tu analogię z historią opodatkowania papierosów w Stanie New York. Gdy łączne opodatkowanie paczki papierosów wyniosło 26 centów, straty stanu z przemytu papierosów z Północnej Karoliny, gdzie podatek wynosił 2 centy za paczkę, sięgnęły $93.000.000 rocznie. Senator z Manhatanu Roy Goodman zaproponował wówczas jako antidotum podwyższenie podatku o dalsze 8 centów, zwiększenie kar za przemyt do 5 lat pozbawienia wolności i dodatkowe zatrudnienie urzędników do zwalczania przemytu. The Wall Street Journal, skrytykował te koncepcje twierdząc, że ich rezultatem będzie jedynie zwiększenie biurokracji i wydatków stanowych. Gdy uda się aresztować więcej przemytników, to potrzeba będzie więcej pracy sędziów, więcej więzień i strażników. Żony i dzieci aresztowanych trzeba zaś będzie otoczyć większą opieką ze strony władz. Dlatego lepszym rozwiązaniem jest zredukowanie stawek podatkowych do 10% za paczkę, co uczyni przemyt nieopłacalnym z ekonomicznego punktu widzenia. Więcej urzędników będzie mogło zostać oddelegowanych do bardziej użytecznej pracy, wymiar sprawiedliwości będzie miał miej pracy z przemytnikami, co pozwoli mu szybciej rozstrzygać inne, istotniejsze sprawy. Palacze przestaną kupować papierosy u przemytników na skutek czego zapłacą de facto większy podatek, gdyż, choć płacić będą mniej z jedną paczkę, to nabędą więcej paczek w sposób całkowicie legalny i opodatkowany. Dochody legalnych dealerów wzrosną na skutek ustania nielegalnej konkurencji, co zwiększy dochody z tytułu płaconego przez nich podatku dochodowego. Na skutek obniżenia podatku o 16 centów na paczce, palacze palący jedną paczkę papierosów dziennie zaoszczędzą zaś $58,4 rocznie, które z pewnością wydadzą na konsumpcję innych towarów, także opodatkowanych podatkami pośrednimi. W efekcie państwo będzie miało więcej korzyści, niż strat.[149]

Zasadę działania Krzywej Laffer’a oddaje stare porzekadło, zgodnie z którym “więcej much złapie się na melasę niż na ocet”. Dlatego wielu projektodawców systemów podatkowych zgadza się, że podstawa opodatkowania powinna zostać powiększona, a stopy podatkowe zmniejszone. 

Podstawy koncepcji Laffera znaleźć już można u Davida Hume’a. “Podobnie jak niedostatek - pisał Hume - nadmiernie wygórowane podatki, powodując zniechęcenie, niszczą przemysł... Uważny a bezstronny ustawodawca nie przekroczy punktu, w którym kończą się korzyści, a zaczyna się krzywda. Jednakże, jako że przeciwne postępowanie jest znacznie szerzej rozpowszechnione, należy obawiać się, że w całej Europie podatki pomnożone będą do takiego stopnia, w którym całkowicie zmiażdżą wszelką sztukę i przemysł ...”[150] Podobne myśli można znaleźć u Smitha w kontekście ceł. Smith cytuje powiedzenie Johnathana Swifta, które po dziś dzień jest przytaczane w wielu komentarzach, że „w arytmetyce celnej dwa plus dwa wynosi czasem tylko jeden, a nie cztery”.[151]  Ta arytmetyka bierze się stąd, że „wysokie cła obniżają czasem konsumpcję towarów, na które cła te nałożono i zachęcają czasem do przemytu, przeto częstokroć przynoszą państwu mniejsze dochody niż wpływy, które mogłoby ono osiągnąć z opłat umiarkowanych. Gdy spadek dochodów następuje w skutek spadku konsumpcji, to jedynym środkiem zapobiegawczym jest obniżenie cła. Gdy spadek dochodów jest wywołany tym, iż zachęca się do przemytu, można temu zapobiec dwojako: bądź utrudnić przemyt, bądź też zmniejszyć nań pokusę w ten sposób, iż obniży się cło”.[152] Tę samą myśl podzielali polscy teoretycy skarbowości w okresie międzywojennym. R. Rybarski pisał, że „w każdym razie chodzi o to, by nie przeciągnąć struny z tego powodu, że państwo tylko w teorii ma nieograniczoną możność nakładania ciężarów na gospodarstwo społeczne. Przeciągnięcia struny podatkowej pociągnie za sobą redukcję dochodów skarbowych: bardzo łatwo jest uchwalić podatek, trudniej wprowadzić w życie, a jeszcze trudniej nałożyć taki podatek, któryby nie krępował życia gospodarczego”, a „ciężary fiskalne za daleko doprowadzone zwracają się przeciw temu, kto te ciężary nakłada: albo produkcja słabnie, albo kapitał ucieka za granicę; czyli niepodobna bez końca mnożyć ciężarów skarbowych”.[153]

Analizując podstawy teorii Laffera należy jednak pamiętać nie tylko o opodatkowaniu zbyt wysokim, ale także zbyt niskim. I Rzeczpospolita była, używając dzisiejszych pojęć, prawdziwym rajem podatkowym i zarazem jednym z najbogatszych państw ówczesnego Świata, dopóki po jej skarby nie sięgnęli lepiej uzbrojeni wrogowie. Wpływy podatkowe bezwzględnie muszą starczyć na utrzymanie aparatu państwowego niezbędnego do zapewnienia mu bezpieczeństwa wewnętrznego i zewnętrznego. Opodatkowanie poniżej poziomu minimum prowadzić może do zgubnych skutków. Z drugiej strony zarówno z “prawa Savasa”, jak i z licznych danych statystycznych wynika, że przedsiębiorstwa prywatne wykorzystują własne zasoby o około 40% - 50% efektywniej niż działające w tych samych warunkach służby państwowe, które marnotrawią znaczną część posiadanych zasobów na utrzymanie samych siebie. Zatem każda złotówka podatków powyżej niezbędnego minimum oznacza 40-50 groszy straty dla kraju, choć wpływy podatkowe mogą przy tym poziomie opodatkowania jeszcze rosnąć. Dlatego na Krzywej Laffera należałoby zaznaczyć dodatkowy punkt: nie tylko maximum podatkowego, ale także minimum opodatkowania. Podatki poniżej tego minimum powodują upadek państwa. Każda złotówka podatku powyżej owego minimum jest w połowie marnotrawiona. Przekroczenie zaś drugiego punktu maximum powoduje zmniejszenie wpływów podatkowych, co w długotrwałej konsekwencji także prowadzić może do upadku państwa.

Zawsze istnieją dwa poziomy opodatkowania przynoszące państwu ten sam przychód, jedna przy najwyższym poziomie produktu narodowego, druga przy najniższym. Celem powinno być osiągnięcie dokładnie takiego punktu, w którym wysokość opodatkowania jest optymalna, co znaczy, że dochód spadnie zarówno, gdy obniżymy, jak i gdy podwyższymy podatki.


[1] R. M. Weaver, Ideas Have Consequences, Chicago 1948. Wydanie polskie: R.M. Weaver, Idee mają konsekwencje, Wydawnictwo Profesjonalnej Szkoły Biznesu, Kraków 1996

[2] St. Owsiak, Finanse publiczne, PWN, Warszawa 1997, s. 153

[3] J.B. Say, Traktat o ekonomii politycznej, PWN, Warszawa 1960, s. 816

[4] ibidem., s. 764

[5]ibidem., ss. 768-769 

[6] ibidem., s. 778 

[7] za: ibidem., s. 779

[8] L. von Mises, Biurokracja, Instytut Liberalno-Konserwatywny, Lublin 1998, s. 30-31

[9] Monteskiusz, O duchu praw, Wydawnictwo Antyk, Kęty 1997, s. 190

[10] H. Hazlitt, Ekonomia w jednej lekcji, Kraków 1993, ss. 1 

[11] ibidem., ss. 15

[12] ibidem., ss. 15-16

[13] F. Bastiat, Co widać i czego nie widać, Instytut Liberalno-Konserwatywny, Wydawnictwo Dextra, Lublin, Rzeszów 2003

[14] ibidem., s. 14-16

[15] J.B. Say, Traktat… op.cit., s. 766

[16] F. Bastiat, Co widać… op.cit., s. 13

[17] H. Hazlitt, Ekonomia… op.cit., s. 33-34 

[18] Milton i Rose Friedman, Tyrania status quo, Wydawnictwo Panta, Sosnowiec 1997, s.14 

[19] H. Hazlitt, Ekonomia… op.cit., s. 35

[20] J.T. Schwartz, Matematyka jako narzędzie do wyjaśniania zjawisk ekonomicznych, w : L.A. Steen /ed./ Matematyka współczesna. Dwanaście esejów. Wydawnictwo naukowo-Techniczne, Warszawa 1983 s. 291-292 

[21] A.A. Chafuen, Chrześcijanie za wolnością, Kraków, Arcana 2002, s. 37

[22] L. Robbins,  The Theory of Economic Policy in English Classical Political Economy, London, 1952, s. 176, cyt. za A.A. Chafuen, Chrześcijanie… op.cit., s. 38 

[23] M. von Mises, My Years with Ludwig von Mises, New Rochelle, 1976, s. 134

[24] P.W. Taylor, Problems of Moral Philosophy: An Introduction to Ethics, Belmont 1967, s. 366, cyt. za A.A. Chafuen, Chrześcijanie… op.cit, s. 42

[25] A.A. Chafuen, Chrześcijanie… op.cit., s. 42 

[26] T.F. Divine, Economics and Ethics, w: New Catholic Encyclopedia, New York, McGraw-Hill 1967, s. 83 

[27] A.A. Chafuen, Chrześcijanie… op.cit., s. 40 

[28] L. von Mises, Human Action, New Heven 1963, s. 10 

[29] ibidem., s. 862.

[30] Ibidem., s. 185. 

[31] G. Gilder, Wealth and Poverty, New York 1981, s. 262. 

[32] Ibidem.,  ss. 252-253. 

[33] L. Robbins, An Essay on the Nature and Significance of Economic Science, London, 1952, s. 16, cyt. za: A.A. Chafuen, Chrześcijanie… op.cit., s. 36

[34] C. Menger, Problems of Economics and Society, Urbana, University of Illinois Press, s. 39, cyt. za A.A. Chafuen, Chrześcijanie… op.cit., s. 36

[35] M. Friedman, Essays in Positive Economics, Chicago 1953, ss. 3-4. 

[36] ibidem.,  s. 8.

[37] „Fakty nigdy nie udowadniają hipotezy – mogą jedynie jej nie obalić” – pisze Friedman. (Essays… op.cit., s.9.) 

[38] cyt. za: Roger B. Myerson, Nash Equlibrium and The History of Economic Theory, w: Journal of Economic Literature, 36/1999, s. 1067 – 1082 

[39] J. von Neumann, Zur Theorie der Gesselschaftspiele, w: Math. Ann. T. 100 (1928), za H.W. Kuhn, A.W. Tucker John von Neumann’s Work in the Theory of Games and Mathematical Economics, w: Bulletin of the American Mathematical Society, maj 1958 

[40] H. Kuhn, Classics in Game Theory, Princenton University Press 1997 

[41] cyt. za R.J. Leonard, From Parlor Games to Social Science: von Neumann, Morgenstern and the Creation of Game Theory, 1928-1944, w: Journal of Economic Literature, 1995

[42] O. Morgenstern, Wirtschaftsprognose, za: R.J. Leonard, From Parlor Games to Social Science: von Neumann, Morgenstern and the Creation of Game Theory, 1928-1944, w: Journal of Economic Literature, 1995 

[43] J. von Neuman, O. Morgenstern, The Theory of Games and  Economic Behavior, Princeton University Press 1944

[44] por. S. Nasar, Piękny umysł, Warszawa 2003, s. 83 

[45] J. von Neuman, O. Morgenstern, The Theory of Games… op.cit., s. 2, cyt. za S. Nasar, Piękny umysł… op.cit., s. 83

[46] G. Lissowski, Przedmowa do Ph. D. Straffin, Teoria gier, Wydawnictwo Naukowe Scholar, Warszawa 2001, s. ix 

[47] por. S. Nasar, Piękny umysł… op.cit., s. 85 

[48] cyt. za ibidem., s. 87

[49] T. Schelling, The Strategy of Conflict, Harvard University Press, 1960, cyt. za S. Nasar, Piękny umysł… op.cit.,s. 115 

[50] cyt. za S. Nasar, Piękny umysł… op.cit…, s. 117

[51] Roger B. Myerson, Nash Equlibrium and The History of Economic Theory, w: Journal of Economic Literature, 36/1999, s. 1067 – 108 

[52] S. Nasar, Piękny umysł… op.cit., s. 92

[53] ibidem., s. 11 

[54] J.T. Schwartz, Matematyka… op.cit., s. 290

[55] G. Callahan, Ekonomia dla normalnych ludzi. Wprowadzenie do szkoły austriackiej, Warszawa 2004, s. 298

[56] K. Dzierżawski, Władcy mrówek, albo niemiecka lokomotywa, w: Życie, 11 lipiec 2002 

[57] Więcej informacji na temat Supply-Side University w Internecie pod adresem: /http:/www.polyconomics.com. oraz /http:/www.wanninski.com 

[58] J. Wanniski, Supply-Side University Economics Spring Semester 1999 Lesson #1, “General Concept”, w: Internet: Supply- Side University/Home Page /http:/www.polyconomics.com.searchbase/02-05-99.html 

[59] ibidem.

[60] ibidem. 

[61] R.A. Musgrave, P.B. Musgrave, Public Finance in Theory and Practice, New York 1984, s. 268 

[62] St. Owsiak, Finanse publiczne. Teoria i praktyka, Warszawa 1997,s. 155

[63] ibidem., rys. 7 s. 156

[64] ibidem, s. 156 

[65] ibidem, ss. 155-158 

[66] R. Rybarski, Nauka skarbowości, Warszawa 1933, s. 111 

[67] A. Krzyżanowski, Nauka skarbowości, Poznań 1923, s. 129

[68] R. Rybarski, Nauka… op.cit., s. 117

[69] A. Smith, Badania nad naturą i przyczynami bogactwa narodów, tom 2, PWN, Warszawa 1954, s. 584 

[70] ibidem., s. 652 

[71] ibidem., s. 653

[72] A. Gomułowicz, J. Małecki, Podatki i prawo podatkowe, Poznań 1995, s. 22-29 

[73] cyt. za ibidem., s. 31 

[74] J.B. Say, Trakta… op.cit., s. 796

[75] ibidem., s. 801

[76] ibidem., s. 804 

[77] ibidem., s. 799 

[78] ibidem., s. 800 

[79] ibidem., s. 802

[80] R. Rybarski, Nauka… op.cit., s. 126 

[81] ibidem., ss. 1127-134

[82] A. Krzyżanowski, Nauka… op.cit., s. 136 

[83] ibidem., s. 138

[84] ibidem., s. 149

[85] ibidem., s. 137

[86] ibidem., s. 138

[87] ibidem., s. 148 

[88] ibidem., s. 147

[89] ibidem., s. 148 

[90] ibidem., s. 140

[91] ibidem., s. 141 

[92] A. Gomułowicz, Zasada sprawiedliwości podatkowej, Warszawa 2001, s. 21 

[93] St. Owsiak, Finanse… op. cit., s. 160 

[94] M. Pietrewicz, Polityka fiskalna, Warszawa 1993, s. 64 

[95] R. Rybarski, Nauka… op.cit., s. 116

[96] A. Krzyżanowski, Nauka… op.cit., s. 133 

[97] R. Rybarski, Nauka… op.cit., s. 116

[98] W. Modzelewski, Wstęp do nauki polskiego prawa podatkowego, Instytut Studiów Podatkowych Modzelewski i Wspólnicy, Warszawa 1998 s.21 

[99] T. Mickiewicz, Wybór w gospodarce, Lublin 1996, s. 11 

[100] ibidem., s. 11

[101] ibidem., s. 11 

[102] A. Krzyżanowski, Nauka… op.cit., ss. 131-132

[103] ibidem., s. 132

[104] ibidem., s. 134 

[105] J.F. Kennedy, Przemówienie wEconomic Clb of New York, 14 grudnia 1962 rok, cy. za D.J.Mitchell, The historical lessons of lower tax raes, The Heritage Foundation backgrounder No.1086, July 19,1996

[106] M. Belka, Reaganomika i jej wplyw na konkurencyjność gospodarki amerykańskiej, Warszawa 1995, s. 224

[107] Łuczkiewicz G., Majcherek J.; wywiad z Leszkiem Balcerowiczem pt.: Najpilniejsze zadania; http://www.ktp.org.pl/kapitalista/balcerowicz67.html 

[108] „Reczpospolita” 20-21.06.99

[109] „Reczpospolita” 09.07.98

[110] H. Kuzińska, Rola podatków pośrednich w Polsce, Warszawa 2002, s. 39 

[111] L. Filipowicz, Amerykańska ekonomia podaży, Warszawa 1992, s.68 

[112] ibidem., s. 61

[113] R. Rybarski, Nauka… op.cit., s. 10

[114]J. Wanniski, The Way The World Works. How Economics Fail - And Succeed, New York 1978,  s. 45.

[115] J. Wanninski, Taxes, Revenues and the "Laffer Curve", w: Supply-Side University Economics Lesson #2, “Taxes, Revenues and the “Laffer Curve”, w: Internet: Supply- Side University/Home Page /http://www.polyconomics.com/searchbase/02-12-99.html 

[116] W. Bieńkowski, Reaganomika… op.cit., s. 120

[117] L. Filipowicz, Amerykańska… op.cit., s. 83

[118] J. Wanninski, Taxes, Revenues… op.cit. 

[119] ibidem., 

[120] Borkowski R., Ostaszewski K.; The Inflection Point of the Laffer Curve; w:

http://www.louisville.edu/~kmosta01/rafal.html

[121] J. Wanniski, Supply-Side University Economics Lesson #3, “Taxes, Revenues and the “Laffer Curve”, w: Internet: Supply- Side University/Home Page/ http:/www.polyconomics.com.searchbase/fles3.html

[122] Bolton Ch.; Basic Economic Theory. Supply & Demand and the Laffer Curvehttp://home.rmci.net/cbolton/econ.html 

[123] za R.E. Hall, A. Rabushka, Podatek liniowy, Dom Wydawniczy ABC, Warszawa 1998, s. 64

[124] za ibidem., s. 64-65

[125] L. Filipowicz, Amerykańska… op.cit., s. 82 

[126] S. Buxton, Finance and Politics: An Historical Study. 1783-1885, London 1888 s. 297, cyt za A. Rabushka, Od Adama Smitha do bogactwa Ameryki, CAS, Warszawa 1996, s. 46. 

[127] A. Rabushka, Od Adama Smitha… op.cit., s. 66 

[128] za J.B. Say, Traktat… op.cit., s. 770

[129] za ibidem., s. 769 

[130] za ibidem., s. 772

[131] za ibidem., s. 769

[132] ibidem., s. 770

[133] cyt. za L. Filipowicz, Amerykańska… op.cit., s.74

[134] cyt. za ibidem., s. 75

[135] J. Wanniski, Supply-Side University Economics Lesson #3, “Taxes, Revenues and the “Laffer Curve”, w: Internet: Supply- Side University/Home Page / http:/www.polyconomics.com.searchbase/fles3.html 

[136] Dane za R.E.Hall, A. Rabushka, Podatek liniowy… op.cit., s. 36

[137] J.F. Kennedy, Przemówienie wEconomic Clb of New York, 14 grudnia 1962 rok, cy. Za D.J.Mitchell, The historical lessons of lower tax raes, The Heritage Foundation backgrounder No.1086, July 19,1996 

[138] Freedom and Fairness Restoration Act (Ustawa o Przywróceniu Wolności i Sprawiedliwości), jest oparta na koncepcjach Roberta E. Halla i Alvina Rabushki z Hoover Institution; patrz R. E. Hall, A. Rabushka, The Flat Tax, wyd. drugie (Stanford, Hoover Institution Press, 1995)

[139] J. Kemp, A American renaissance: A Strategy for the 1980s, New York 1979, cyt  za D.J. Mitchell, The historical lessons of lower tax rates, The Heritage Foundation, Backgrounder No.1086, July 19,1996

[140] D.J.Mitchell, The historical lessons… op.cit.,

[141] ibidem.,

[142] dane za R.E. Hall, A. Rabushka, Podatek liniowy… op.cit., ss. 63-64

[143] W. Bieńkowski, Reaganomika… op.cit., s. 155 

[144] ibidem, s. 120 

[145] B.Bosworth, Tax Incentives and Economic Growth, Washington 1984

[146] F.Brayton, P.B. Clark, The Macroeconomic and Sectoral Effect of the ERTA, Board of Governons of FRS, Staff Study, No 148, December 1985 

[147] cyt. za Gazeta Wyborcza, 29.05.2000, Pokusa obniżenia podatków jest coraz większa.

[148] Dane za Rzeczpospolita nr 143 z  20.06.2000 s. B1 

[149] J. Wanniski, Supply-Side University Economics Lesson #3, “Taxes, Revenues and the “Laffer Curve”, w: Internet: Supply- Side University/Home Page/ http:/www.polyconomics.com.searchbase/fles3.html 

[150] ibidem., 

[151] A. Smith, Badania… op.cit.,  s. 667 

[152] ibidem., s. 670

[153] R. Rybarski, Nauka… op.cit., ss. 18-19

Reddit icon
Technorati icon
Yahoo! icon
e-mail icon
Twitter icon
Facebook icon
StumbleUpon icon
Del.icio.us icon
Digg icon
LinkedIn icon
MySpace icon
Newsvine icon
Pinterest icon
czwartek, 2017-06-01

Raport "Koszty wychowania dzieci 2017"

KOSZTY WYCHOWANIA DZIECI 2017

RAPORT CENTRUM IM. ADAMA SMITHA

Centrum im. Adama Smitha liczy koszty wychowania dzieci w Polsce od 2008 roku i prezentuje szóstą edycję raportu na ten temat (ostatni w roku 2016). Centrum szacuje, że koszt wychowania jednego dziecka w Polsce (do osiągnięcia osiemnastego roku życia) mieści się w przedziale od 176 tys. do blisko 200 tys...

wtorek, 2017-05-16

Konferencja "Czy UE może być Stanami Zjednoczonymi Europy?"

W piątek 12 maja w jednej z sal Senatu RP miała miejsce konferencja zatytułowana: "Czy Unia Europejska może być Stanami Zjednoczonymi Europy?".

Głównym gościem spotkania był nieoficjalny kandydat na ambasadora Stanów Zjednoczonych przy Unii Europejskiej Ted Malloch. W konferencji uczestniczył również Prezydent Centrum im. Adama Smitha Andrzej Sadowski. 

...
czwartek, 2017-06-08

Dzień Wolności Podatkowej 2017

Centrum im. Adama Smitha wyliczyło po raz dwudziesty czwarty w Polsce Dzień Wolności Podatkowej. Jest to symboliczna data, od której przestajemy przymusowo pracować na potrzeby rządu, a zaczynamy zarabiać wyłącznie dla siebie i swoich rodzin.

Idea Dnia Wolności Podatkowej narodziła się w Stanach Zjednoczonych. Pierwszy raz został on obliczony w 1900 roku i przypadł na koniec stycznia....

piątek, 2017-06-02

"Koszty wychowania dzieci 2017" - informacje prasowe o raporcie Centrum im. Adama Smitha

1 czerwca 2017 ukazała się kolejna edycja raportu badającego koszty wychowania dziecka w Polsce przygotowanego przez ekspertów Centrum im. Adama Smitha. 

W szóstej edycji raportu Centrum podaje, że koszt wychowania jednego dziecka w Polsce (do osiągnięcia 18 roku życia) mieści się w przedziale od 176 tys. do blisko 200 tys. zł, dwójki dzieci od 317 tys. do 368 tys. zł, trójki od 422...

czwartek, 2017-06-01

Raport "Koszty wychowania dzieci 2017"

KOSZTY WYCHOWANIA DZIECI 2017

RAPORT CENTRUM IM. ADAMA SMITHA

Centrum im. Adama Smitha liczy koszty wychowania dzieci w Polsce od 2008 roku i prezentuje szóstą edycję raportu na ten temat (ostatni w roku 2016). Centrum szacuje, że koszt wychowania jednego dziecka w Polsce (do osiągnięcia osiemnastego roku życia) mieści się w przedziale od 176 tys. do blisko 200 tys...

wtorek, 2017-05-16

Konferencja "Czy UE może być Stanami Zjednoczonymi Europy?"

W piątek 12 maja w jednej z sal Senatu RP miała miejsce konferencja zatytułowana: "Czy Unia Europejska może być Stanami Zjednoczonymi Europy?".

Głównym gościem spotkania był nieoficjalny kandydat na ambasadora Stanów Zjednoczonych przy Unii Europejskiej Ted Malloch. W konferencji uczestniczył również Prezydent Centrum im. Adama Smitha Andrzej Sadowski. 

...