Centrum im. Adama SmithaPierwszy Niezależny Instytut w Polsce od 16 września 1989 roku

Genetyczne wady budżetu i akcyza na pracę

Janusz Grobicki – rozmowa z Andrzejem Sadowskim 

 Czy optymistyczne dane o wzroście produkcji mogą wpłynąć na zatrzymanie procesu obniżania stóp procentowych przez Radę Polityki Pieniężnej? 

 

W Polsce należy brać pod uwagę nie wzrost produkcji, ale zupełnie inne wskaźniki. Najważniejszą miarą dla polskiej gospodarki jest poziom bezrobocia, który mimo okresu wakacyjnego ewidentnie wzrastał. Stało się to po raz pierwszy od kilku lat. Przypomnieć należy, że właśnie w wakacje, mimo ogólnej tendencji do wzrostu bezrobocia, sezonowo malało ono w tym okresie. Oceniając dane statystyczne o wzroście produkcji, należy pamiętać o tym, że metody liczenia są na tyle ułomne i obarczone sporym marginesem błędu, że czasami trudno jednoznacznie powiedzieć, czy ten wzrost jest wyraźny, czy nie. Trzeba badać wzrost produkcji w dłuższym okresie, aby sprawdzić, jak jest tendencja. W gospodarce nie zmieniło się nic na lepsze, co dawałoby rzeczywiste podstawy do twierdzenia, że w przyszłości nastąpi trwały wzrost gospodarczy i spadek bezrobocia. Wciąż występują wszelkie możliwe ograniczenia. Wprowadzane są następne w wyniku nowych działań regulacyjnych, a zapowiedzi kolejnych, bardzo poważnych wydatków budżetowych powodują, że nie ma przesłanek do obniżania stóp procentowych. Cały czas istnieje nierównowaga finansów publicznych i rosnące zadłużenie sektora publicznego. Sądzę, że w Polsce znaczenie stóp procentowych jest przeceniane. Przypisywana jest im jakaś fetyszyzująca rola. Rząd i część polityków twierdzi, że gdyby stopy procentowe były niższe to w Polsce rozwijałaby się przedsiębiorczość. Jednak nie ma takiej zależności. Małe i średnie przedsiębiorstwa, które w rzeczywistości są źródłem wzrostu gospodarczego w zasadzie nigdy nie korzystały i nie korzystają z kredytów bankowych. Przedsiębiorstwa te są za małe, aby były atrakcyjne dla sektora bankowego. Mają one również niszczącą konkurencję rządu. Emitując systematycznie obligacje skarbowe, powoduje on wyczerpywanie dostępnych na rynku kredytowym środków. Jeżeli rządy nie skończą z tą nieuczciwą konkurencją to nie będzie środków na kredyty dla gospodarki. Oczywiście huty, stocznie i inne przedsiębiorstwa, które mają dodatkową gwarancję skarbu państwa otrzymują kredyty. Natomiast małe i średnie przedsiębiorstwa, które kreują nowe miejsca pracy na kredyty w zasadzie nie mogą liczyć. 

Czy proponowane przez rząd utworzenie funduszu poręczeń kredytowych zmieni tę sytuację? 

Nie można jednocześnie emitować wielokrotnie większej wartości obligacji skarbowych, a z drugiej strony dawać gwarancje dla tych firm. Poza ty, żeby dać te gwarancje i wyposażyć ten fundusz w kolejne miliardy, najpierw trzeba je zabrać tym małym i średnim przedsiębiorstwom. W zasadzie to z opodatkowania właśnie tych podmiotów będzie pochodził fundusz gwarancyjny. Ze względu na to, że tych przedsiębiorstw jest bardzo dużo, bo ok. 2 mln, można powiedzieć, że mamy do czynienia z „planktone jest rozproszony, a jego natura jest mikroskopijna. Bardzo trudno o poręczenia kredytowe dla tak rozproszonej grupy. Jeśli będą one już stosowane to na zasadach dyskryminacyjnych. Trzeba będzie dyskredytować jednych, a faworyzować innych. Kryteria decydujące o przyznaniu poręczenia nigdy nie będą przejrzyste i zrozumiałe. Będzie to rodzić wiele problemów i przede wszystkim upośledzać jedne podmioty w stosunku do drugich. Jeżeli rząd wprowadza dotowanie kursów przeszkalających przedsiębiorców w zakresie poddania się normom ISO – dotyczy to śladowej liczby podmiotów. Jak zbadano, na co te pieniądze zostały wydane, okazało się, że w zasadzie były to dotacje do firm, które przeprowadzały te szkolenia. Warto podkreślić, że dla małych i średnich przedsiębiorstw, efektywność takich szkoleń jest bliska zeru. W momencie, kiedy poprzednie fundusze gwarancyjne, na które zebrano 37 mln zł nie zadziałały, trudno założyć, że teraz ten mechanizm będzie funkcjonował. Z drugiej strony, należy porównać skalę pomocy rządu dla MSP z tym, co robi on dla wspierania obszaru dawnej gospodarki. 

Jednak rząd wyraźnie wspiera absolwentów, mogą oni liczyć na doskonałe warunki do prowadzenia działalności gospodarczej? 

To w istocie jest również działanie dyskryminacyjne i nie konstytucyjne. Nagle identyfikuje się, że barierą powstawania małych i średnich przedsiębiorstw są wysokie koszty pracy i tworzy się wyjątek dla absolwentów. Za te nadzwyczajne ułatwienia dla absolwentów, zapłacą wszyscy, którzy już funkcjonują w gospodarce. Niestety, rządy nie dostrzegły tej podstawowej zależności, że jeżeli się komuś pomaga, ktoś musi za to zapłacić. Badania prof. Blikmana z Instytutu Nauk Ekonomicznych PAN wykazały, że taka formuła dotowania przez administrację rządową nowych miejsc pracy, hamuje rozwój zatrudnienia w normalnie funkcjonujących małych i średnich przedsiębiorstwach, a nawet powoduje likwidację istniejących już stanowisk. Widzimy miejsca pracy, które zostają w Stoczni Szczecińskiej po jej kolejnym dokapitalizowaniu i przekazaniu pieniędzy podatników. Jednak nie dostrzegamy tych, które zostaną zlikwidowane u przedsiębiorców, których nie będzie już stać na ponoszenie zwiększonych z tego tytułu obciążeń podatkowych. Różnica między najnowszymi propozycjami rządowymi, a tymi sprzed kilkunastu lat polega na tym, że w momencie zmian systemowych na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych kilka milionów zatrudnionych straciło pracę w sektorze dawnej gospodarki z dnia na dzień, ale odnaleźli nowe miejsca pracy w sektorze nowej gospodarki, która powstawała od fundamentów. Był to proces „prywatyzacji oddolnej”. Nowe przedsiębiorstwa powstawały „od zera”. Efektem był systematyczny spadek bezrobocia. Tendencja ta trwała do 1998 r.. Różnica jakościowa między tamtymi latami, a teraźniejszością jest taka, że ludzie ze zlikwidowanych i nie bpotrzebnych „starych przedsiębiorstw” już nie mają w swoim otoczeniu małych i średnich firm prywatnych, które byłyby w stanie ich zatrudnić. Po pierwsze, dlatego, że tych miejsc pracy tam nie ma, a po drugie, że tych firm też już nie ma. Kiedy upadały setki tysięcy małych firm, żaden polityk tego nie widział. Dopiero kłopoty Stoczni Szczecińskiej, czy Zakładów Cegielskiego wywołały reakcję elit politycznych. Jest to błędne widzenie i błędna diagnoza. Taka próba ofiarowania komuś chwili oddechu, czyli absolwentom, żeby mogli założyć firmę może się obrócić przeciw nim. Po jakimś czasie ciężar wszystkich kosztów i obowiązków może spaść na nich jak głaz i tak samo jak innych, może ich przygnieść. 

W Polsce przełomu lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, kiedy był o wiele większy deficyt budżetowy i puste półki oraz kryzys gospodarczo-polityczny - w ciągu jednego dnia ostatni rząd PRL, zniósł wszelkie ograniczenia działalności gospodarczej. Był to najbardziej rewolucyjny akt w ówczesnym świecie pod względem ograniczenia kosztów wstępowania na rynek. Dzięki tej ustawie i zmianom politycznym, które nastąpiły rok później w Polsce wybuchła przedsiębiorczość. Było to źródłem cudu gospodarczego na miarę światowego sukcesu, porównywalnego z cudem gospodarczym w Niemczech za czasów Konrada Adenauera. I tak jak Milton Friedman w 1991 r. w ambasadzie amerykańskiej w Warszawie, na pytanie:, kiedy Polska będzie atrakcyjna dla inwestorów zagranicznych? – Odpowiedział, że kraj, który będzie atrakcyjny dla swoich obywateli, spowoduje, że będzie atrakcyjnym również dla inwestorów zagranicznych. 

Kiedy Polska stanie się znów atrakcyjna dla Polaków? 

Wtedy, gdy nie będzie tego, całego biurokratycznego garbu, który nam te wszystkie rządy przez ostatnie lata zafundowały. Na zlecenie rządu Jerzego Buzka w 2001 r. opracowaliśmy analizę otoczenia instytucjonalno-prawnego działalności gospodarczej w latach 1990 -2000. Prześledziliśmy całe powstałe w tym okresie ustawodawstwo, które dotyczyło małej i średniej przedsiębiorczości oraz otoczenia gospodarczego. Okazało się, że z każdym rokiem, przedsiębiorcom dokładano obowiązków, ciężarów statystyczno-fiskalnych. W końcu firmy te straciły swoją dynamikę, którą miały na początku lat dziewięćdziesiątych. Jak widać od 1998 r., kiedy bezrobocie już spadło poniżej 10 proc. – zaczęło znowu rosnąć. To skutek wzrostu kosztu pracy, obciążeń fiskalnych, obciążeń biurokratycznych. Na przykład po reformie emerytalnej, pracodawca musi wypełniać nie jedną deklarację, a trzy, nie jeden przelew, jak kiedyś, a również trzy. Zwiększono ciężary wszelkiej natury i to stwarza sytuację, w której przedsiębiorczość w Polsce jest systematycznie prześladowana przez wszystkie możliwe instytucje państwa. To nie jest już nawet jej upośledzanie. Świadczy o tym m. in. ilość spraw kierowanych, do NSA dotyczących decyzji organów skarbowych i wielu innych obciążeń, przed którymi polski przedsiębiorca nie jest w stanie się obronić. Jeden z absurdów ilustrujących - jak polski przedsiębiorca jest prześladowany – to rozporządzenie ministra finansów Bauca z 2001r. Niedługo przed swoim odejściem, nakazał on wymianę kas fiskalnych w polskich przedsiębiorstwach. Dotychczas kasy fiskalne drukowały informacje o wystawcy rachunku po lewej lub prawej stronie. Minister – esteta, postanowił i nakazał, aby nadruk znajdował się wyłącznie po środku dokumentu. Zamiłowanie ministra do symetrii, kosztowało wielu przedsiębiorców kilka tysięcy złotych, bo tyle musieli zapłacić za wymianę kas fiskalnych. 

Ten przykład to egzemplifikacja absurdu działania wszystkich rządów, które sprawowały do tej pory władzę. Obecny rząd zdążył już zaakcentować swój wkład w tę dziedzinę. Wprowadził obowiązek instalowania kas fiskalnych w taksówkach. Takie urządzenie odpowiada technologicznie komputerowi i kosztuje kilka tysięcy złotych. Często jego wartość jest większa niż samochodu – taksówki. To jest przykład perwersji tej władzy, która szafując nośnym hasłem - „Przede wszystkim przedsiębiorczość” - dokłada obowiązków. Im rządy głośniej mówiły o promowaniu przedsiębiorczości i pomocy wsi oraz małym i średnim przedsiębiorcom, tym bardziej „dokręcały śrubę”. Deklaracje władzy były i są odwrotnie proporcjonalne do rzeczywistych działań. 

Jednak, obecny rząd ulżył już przedsiębiorcom i zliberalizował kodeks pracy. Jakie to ma znaczenie w walce ze wzrostem bezrobocia? 

Nowelizacja kodeksu pracy nie ma istotniejszego znaczenia dla polskich przedsiębiorców i związków zawodowych. Dotyczy, bowiem zagadnień drugo i trzeciorzędnych. To pierwsza zmiana tego dokumentu od 1977 r.. Posługując się kategoriami logicznymi, można dowieść, że przepisy kodeksu pracy nie są przyczyną wzrostu bezrobocia. Przecież pod jego rządami, bezrobocie malało, aż do 1998r.. Najłatwiej było, więc zrzucić odpowiedzialność na kodeks pracy, bo bez problemów można go zmienić. Jednak rzeczywista przyczyna tkwi w nadmiernych obciążeniach związanych z kosztami pracy. Ten obszar jest powiązany z koniecznością przeprowadzenia radykalnych i odważnych zmian w systemie finansów publicznych. 

W zasadzie w polskiej rzeczywistości gospodarczej z kodeksem pracy stykają się tylko osoby związane z wielkimi przedsiębiorcami. Mali i średni przedsiębiorcy, przeważnie w ogóle go nie znają. Dla nich większe znaczenie mają koszty pracy. Dlatego m. in. pojawił się problem smozatrudnienia, które było formą ominięcia obciążeń związanych z tymi kosztami. Paradoksalnie, nawet program rządu mający na celu redukcję kosztów pracy związanych z  zatrudnieniem absolwentów dowodzi, że to one są główną przyczyną wzrostu bezrobocia. Nie może być tak, że ta sama praca, w zależności od tego, w jakiej formie prawnej jest wykonywana ma różną skalę opodatkowania i różną dolegliwość dla pracodawcy wynikającą ze zróżnicowania kosztu pracy. Kiedyś przedsiębiorca się nad tym nie zastanawiał. Po prostu zatrudniał bezrobotnego. Teraz, najpierw odbywają się negocjacje dotyczące formy zatrudnienia. Taka sytuacja jest miarą absurdu tego systemu. W Polsce koszty związane z zatrudnieniem są tak wielkie, że skutecznie ograniczają popyt na pracę. Mały i średni przedsiębiorca nie ma dostępu do kapitału w postaci kredytu bankowego. Jedynym będącym w jego zasięgu kapitałem jest praca ludzi, których może zatrudnić. Jednak nie może z tego kapitału skorzystać, bo koszty z tym związane są dla niego zbyt wysokie. Od połowy lat dziewięćdziesiątych wzrosły one prawie dwukrotnie – z 50 proc. płacy netto do ok. 90 proc.. Aby pracodawca mógł legalnie zatrudnić pracownika to za każde 1000 zł. wypłacone podwładnemu, prawie 900 zł. musi odprowadzić do kasy państwowej. My to porównujemy do akcyzy np. na wódkę, samochody czy papierosy. Mamy, więc do czynienia z akcyzą na pracę. I to jest jedyny i wyłączny powód rosnącego, wielkiego bezrobocia w Polsce. Jeśli chodzi o rynek pracy to kodeks pracy jest w ogóle niepotrzebny. Jest to typowy dokument, właściwy dla krajów o scentralizowanej gospodarce planowej, tzw. socjalistycznej. Tego typu regulacje, przed laty przyjęły, niektóre rozwinięte kraje europejskie. To pozostałość po socjalizacji ich gospodarek. Natomiast naturalną formułą zatrudnienia jest kodeks cywilny. Tam znajdują się daleko dalej idące zabezpieczenia interesów obu stron niż te, które są w kodeksie pracy. 

Czy szansą na szybsze pokonanie kryzysu mogą być środki przedakcesyjne przyznane Polsce przez Unię Europejską? 

Uważam, że źródła sukcesu gospodarczego są wyłącznie w Polsce. Cała zmiana cywilizacyjna, której świadkami byliśmy na początku lat dziewięćdziesiątych, odbyła się dzięki aktywności gospodarczej Polaków. Pierwsze duże inwestycje zagraniczne napłynęły do naszego kraju dopiero w połowie minionej dekady. Niestety, teraz wielu inwestorów wycofuje się z Polski. Nie trudno to zrozumieć, skoro sami Polacy przestali inwestować. Jakość naszego systemu społeczno-gospodarczego dawała nam przez kilka lat szanse rozwoju w tempie dochodzącym do 7 proc., natomiast trwanie w tym systemie, który w tej chwili mamy wraz z modyfikacjami płynącymi do nas z Unii Europejskiej nie daje żadnej gwarancji, że w Polsce będzie tak samo dobrze, jak do tej pory. Myślę, że warto powrócić na tę ścieżkę wzrostu, którą już przetarliśmy. Z drugiej strony, powinniśmy pamiętać o tym, że pieniądze na restrukturyzacje kraju pochodzą z naszej własnej pracy. Zmiana wynikająca z procesu przystępowania do Unii Europejskiej, będzie polegać na zwiększeniu kontroli wykorzystywania przeznaczonych dla Polski środków. Doświadczenia innych krajów wskazują, że nie nauczyły się one do tej pory wykorzystywania tych pieniędzy w pełnej wysokości. Przykład funduszu SAPARD ilustruje, jak można tych środków nie wykorzystywać. Nie ma żadnych przesłanek merytorycznych, które pozwalałyby stwierdzić, że inne fundusze z Brukseli będą skutecznie wykorzystywane. Niska jakość elity rządzącej naszym państwem nie gwarantuje, bowiem sensownego wydawania nawet tych pieniędzy, które pochodzą z płaconych przez nas podatków. Niedopuszczalna jest sytuacja, aby Polska już po integracji z Unią była jedynie stałym beneficjentem środków pomocowych. Może to stać się zarzewiem wszelkich możliwych, przyszłych konfliktów wewnątrz Unii. Trudno sobie w tej chwili wyobrazić jak groźna jest sytuacja kraju uzależnionego od pomocy zewnętrznej. Niestety, nasi politycy taki obraz Polski w Unii Europejskiej nam przekazują. Jednak nasza najnowsza historia dowiodła, że sami jesteśmy w stanie sobie poradzić. O potencjale Polaków świadczy np. wniosek Niemiec, który dwa lata temu wpłynął do Komisji Europejskiej, w którym nasi zachodni sąsiedzi domagali się wielu milionów Euro na przeszkolenie niemieckich przedsiębiorców z landów graniczących z Polską. Uzasadnieniem tego wniosku były obawy berlińskiego rządu o to, że niemieccy przedsiębiorcy nie sprostają konkurencji polskich przedsiębiorców po likwidacji granicy na Odrze i Nysie. Nasz, pozbawiony dostępu do kredytu, gnębiony przez aparat administracyjny przedsiębiorstwa, został zidentyfikowany, jako największe zagrożenie dla otoczonych troską swojego państwa niemieckich przedsiębiorców. Największym potencjałem Polaków jest nasza mentalność. Różni się ona zasadniczo od mentalności mieszkańców zamożnych krajów wysokorozwiniętej i sytej Europy Zachodniej. Jesteśmy bardziej od nich dynamiczni, zorientowani na innowacje, żądni sukcesu, poprawy swojej pozycji materialnej i społecznej. Stąd fenomen nie spotykany w skali światowej – rozwój niepaństwowego szkolnictwa wyższego. Nagle okazało się, że to nasi obywatele uznali, że wiedza jest cenną inwestycją. Pęd do kształcenia się Polaków jest wyrazem determinacji w drodze do zmian statusu społecznego i cywilizacyjnego naszego społeczeństwa. To cecha odróżniająca nas od Czechów, Węgrów i obywateli innych byłych krajów socjalistycznych. Skoro mali i średni przedsiębiorcy nie korzystają z kredytów bankowych, mogą traktować giełdę, jako źródło potrzebnego im kapitału? 

Dostępu do giełdy dla małych podmiotów strzegą nadmierne regulacje i obostrzenia oraz wysokie opłaty. Jeszcze kilka lat temu, giełda była miejscem nobilitacji przedsiębiorstwa. Jednak po pierwszych bankructwach notowanych tam spółek, okazało się, że firmy giełdowe są tak samo śmiertelne jak wszystkie inne. Polska giełda stanowi marginalny fragment całej gospodarki. Podobnie jest i w innych krajach. W tej chwili wiele firm wycofuje się z polskiego rynku, a także przenosi się na parkiety innych krajów. Wielokrotnie sugerowano, że utrzymywanie giełdy na tak małym rynku, jak polski jest bezcelowe. Proponowano połączenie jej z giełdą praską i budapesztańską w celu stworzenia wspólnej platformy dla naszej części Europy. Niestety, te sugestie nigdy nie zostały zaakceptowane. Taki sojusz mógłby stać się alternatywą dla chociażby giełdy wiedeńskiej. 

Kiedy pańskim zdaniem polska gospodarka pokona pogłębiającą się stagnację? 

Źródłem wzrostu gospodarczego jest praca. Jeżeli coraz mniej ludzi pracuje to nie ma wzrostu. Próbuje się nam prawie hipnotycznie wmówić, że ta zależność jest odwrotna. Potrzebny jest popyt na pracę. Jednak trudno go wygenerować, skoro istnieje bariera w postaci wielkich kosztów pracy. Wzrost akcyzy na pracę z 50 do 90 proc. spowodował spadek popytu na pracę. Jest ona przecież też towarem. Podobnie jak np. samochody. Przypomnę, że wzrost akcyzy z 3 do 6 proc. spowodował zmniejszenie sprzedaży nowych aut, aż o 30 proc.. Jeśli akcyza na pracę jest nadmierna to przedsiębiorcy przenoszą swoja działalność do innych obszarów. 

Kapitał zagraniczny również poszukuje na swoje inwestycje takich krajów, w których koszty pracy są najmniejsze. Dlatego do połowy lat dziewięćdziesiątych polski pracownik był dla niego atrakcyjny. 

W Polsce nastąpi wyraźna zmiana wtedy, gdy kryzys finansów publicznych dojdzie do takiego poziomy, że niemożliwe będzie kontynuowanie obecnej polityki budżetowej. Elity polityczne wiedzą o kryzysie finansów publicznych już od kilkunastu miesięcy, jednak ten czas został zmarnowany. Nawet teraz nie zrobiono nic, aby budżet na przyszły rok był pierwszym budżetem odnowionego systemy finansów publicznych. Kontynuowany jest ten sam schemat z jego genetycznymi wadami. Powoduje to, że koszty pracy nie maleją. 

 

(„Genetyczne wady budżetu i akcyza na pracę”, Bank, 09.2002, 10.)

Reddit icon
Technorati icon
Yahoo! icon
e-mail icon
Twitter icon
Facebook icon
StumbleUpon icon
Del.icio.us icon
Digg icon
LinkedIn icon
MySpace icon
Newsvine icon
Pinterest icon

Ankieta