Centrum im. Adama SmithaPierwszy Niezależny Instytut w Polsce od 16 września 1989 roku

NIEUDANY SKOK NA KASĘ

„Gazeta Wyborcza” z 24 – 25 listopada opublikowała tekst rozmowy z Jackiem Soską, działaczem PSL, byłym wiceministrem rolnictwa. Jednym z jej wątków była kwestia przełamywania nieufności, z jaką polscy rolnicy odnoszą się do integracji z Unią Europejską. Godny uwagi jest w tym tekście język, jakim posługuje się Jacek Soska argumentując na rzecz integracji: „Polska bije się o zapewnienie takich samych warunków produkcji, jakie mają farmerzy w Unii, czyli o blisko 4 miliardy euro dotacji do rolnictwa rocznie”; „... wiedziałem, że polscy rolnicy mogą wydrzeć stamtąd pieniądze”; „Im więcej hektarów rolnik będzie miał, tym więcej pieniędzy dostanie z unijnej kasy. Im szybciej ktoś zrozumie o co w tym wszystkim chodzi, tym szybciej się wzbogaci”; „Pozostaje więc tylko dopchać się do budżetu Unii i czerpać z niego tak, jak rolnicy pozostałych krajów Piętnastki.”; „Jestem przekonany, że jak polscy rolnicy mający po dwie – trzy krowy, gospodarujący na 3 ha, zorientują się, że za wypełnienie paru papierów dostaną 20 – 40 tysięcy złotych rocznie, to będzie się im chciało o to zabiegać.”. „Wydrzeć pieniądze”, „bić się o 4 miliardy”, „dopchać się do budżetu”, za „wypełnienie paru papierów” dostać 20 – 40 tysięcy złotych – oto retoryka działacza PSL. Wywiad ukazał się pod wymownym tytułem „Nikt nie straci”. Czyżby? Naprawdę nikt nie straci 4 miliardów euro, które uda się wydrzeć Jackowi Sosce z unijnego budżetu? Ależ straci, oczywiście. Inaczej być nie może. Straci przede wszystkim europejski podatnik, obywatel zamożniejszych państw z północnej części Europy, w największym stopniu finansujący budżet Unii. Straci także, być może, część dotychczasowych beneficjentów unijnej Wspólnej Polityki Rolnej, którzy będą musieli podzielić się subwencjami i dotacjami z nowymi członkami Wspólnoty.

Rzecz w tym, że Jacek Soska w zaskakująco dosadny sposób wyraża to, co myślą inni – także ci, którzy za rokowania z Unią Europejską odpowiadają. Strategia negocjacyjna Polski polega właśnie na tym, żeby dobrać się do wspólnego budżetu na warunkach, z jakich korzystają obecni członkowie Unii. Polska wnosi do Europy ... rękę wyciągniętą po jałmużnę. Pomińmy upokorzenia, jakie wiążą się z tym gestem; zostawmy kwestię pozycji przypisanej klientowi bogatych partnerów; nie zważajmy na niechęć tych, którym przyjdzie finansować udział Polski we Wspólnej Polityce Rolnej. Problem polega na tym, że Polska nigdy nie będzie korzystać z funduszy rolnych w takim samym stopniu jak dzisiejsi beneficjenci. Powód jest banalnie prosty: to, co wystarcza dla 15 krajów nie wystarczy na pewno dla 27. Są teoretycznie dwa sposoby na rozwiązanie tego problemu. Po pierwsze, można zwiększyć opodatkowanie na rzecz Wspólnoty tych państw, które dzisiaj zmuszone są nieszczęsną politykę rolną finansować; po drugie, można pozbawić części dotychczasowych przywilejów tych, którzy z nich dzisiaj korzystają – po to, żeby obdzielić nimi nowych członków (wtedy jednak poziom korzyści obniżyłby się znacznie w stosunku do stanu dzisiejszego). Powiedzmy szczerze: drugie rozwiązanie nie wchodzi w grę w ogóle, bowiem odebranie przywilejów wpływowej grupie nacisku nie jest po prostu politycznie możliwe. Pierwsze rozwiązanie jest bardzo mało prawdopodobne, zwłaszcza, jeśli się weźmie pod uwagę niechęć społeczeństw zachodnich wobec idei rozszerzenia Unii w ogóle.

Co wynika z tej analizy? Otóż Polska musi przygotować stanowisko uwzględniające realia polityki rolnej. W przeciwnym razie będzie zmuszona przyjąć warunki silniejszej strony negocjacji, polegające na pozbawieniu rolników w Polsce korzyści, jakimi cieszą się ich zachodni koledzy. Oznaczałoby to oczywiście wystawienie polskiego rolnictwa na nieuczciwą konkurencję na otwartym wspólnym rynku żywności – a w konsekwencji jego nieuchronną katastrofę. Pozostaje praktycznie jedna droga: Polska powinna zrezygnować z udziału we Wspólnej Polityce Rolnej i odstąpić od żądania objęcia naszego kraju funkcjonującym w Unii systemem dotacji i subwencji rolnych, pochłaniającym skądinąd połowę jej budżetu. W zamian Polska winna uzyskać swobodny dostęp do europejskiego rynku żywności i płodów rolnych, ale dostęp producentów europejskich do rynku polskiego powinien być ograniczony. Artykuły rolne z pozostałych krajów Unii musiałyby zostać obciążone opłatą wyrównawczą, stanowiącą równowartość pomocy publicznej udzielanej producentom europejskim. Asymetria w warunkach działania gospodarstw byłaby więc skompensowana asymetrią w dostępie do rynku. Polska nie wkraczałaby na drogę, która przez czterdzieści lat wyprowadziła rolnictwo w zachodniej Europie na manowce. Podatnicy w Unii oszczędziliby swoje 4 miliardy, a dochody rolników w Polsce pochodziłyby z hodowli krów, zamiast z wypełniania papierów.

Krzysztof Dzierżawski 

Reddit icon
Technorati icon
Yahoo! icon
e-mail icon
Twitter icon
Facebook icon
StumbleUpon icon
Del.icio.us icon
Digg icon
LinkedIn icon
MySpace icon
Newsvine icon
Pinterest icon

Ankieta