Centrum im. Adama SmithaPierwszy Niezależny Instytut w Polsce od 16 września 1989 roku

Pamflet na liberalnego publicystę

 

Po raz kolejny mieliśmy okazję przeczytać na łamach „Rzeczpospolitej” analizę stanu społeczeństwa polskiego przeprowadzoną przez Janusza A. Majcherka („Siła ułudy i moc magii”, 13.03.2002). Obraz z tej analizy się wyłaniający nie jest, niestety, zachęcający.

Polskę – wedle Janusza A. Majcherka – zamieszkuje ludność, która nie zdaje sobie sprawy ze swojej niskiej wartości i, co więcej, traktuje wrogo każdego, kto próbuje uświadomić jej prawdziwy stan rzeczy. Szczególnie zaś nieprzyjaźnie odnosi się ona do tych niestrudzonych i ofiarnych ludzi, którzy z podłego stanu, w jakim się znalazła usiłują ją wydobyć, przeprowadzając w tym celu „konieczne, choć spóźnione” reformy. Powiem od razu – analiza jest nieprawdziwa, ponieważ pełna jest błędów. Ale nie to jest jej największą słabością. Zasadnicza słabość wynika z punktu obserwacji przyjętego przez autora. Usytuował się on bowiem na zewnątrz społeczności, którą opisuje (opisuje, nawiasem mówiąc, z najwyższą odrazą), a od jej problemów, trosk, nadziei jest jak najdalszy. Sam żyje w innym świecie – świecie ludzi rozumnych i wykształconych; w świecie, który pozwala z dystansu obserwować

bezsilne, niedołężne i godne politowania zachowania obserwowanego obiektu. Rzecz w tym, że ów dystans powoduje zniekształcenie obrazu.

Największe cięgi zbierają w majcherkowej analizie emeryci. Świadczenia emerytalne są w Polsce wszak za wysokie, ale „emeryci jednak nie chcą tego przyjąć do wiadomości i uskarżają się na rzekome krzywdy”. Emerytury są zaś za wysokie, ponieważ są „obficie dotowane”. Gdyby były „ustalane na podstawie wpływów ze składek”, byłyby o jedną trzecią albo i o połowę niższe. Otóż system emerytalny wcale nie jest obficie dotowany. W przypadku ZUS nie jest on dotowany w ogóle. Wedle ustawy budżetowej na rok 2001 wydatki socjalne (nie tylko emerytury i renty) pochłonąć miały ok. 100 miliardów złotych. 26 miliardów pochodzić miało z dotacji budżetu – reszta ze składek. Z kwoty 26 miliardów 14,5 miliarda to rekompensata za przekazywane przez ZUS składki do II-go filara ubezpieczeń (przed reformą nieistniejącego). Ze 100 miliardów wydatków socjalnych ZUS przekazuje (w postaci podatku dochodowego od wypłacanych świadczeń) kilkanaście miliardów z powrotem do budżetu. Uwzględniwszy te transfery okaże się, że system emerytalny – nazwijmy go miejskim – nie tylko nie jest dotowany obficie, ale nie jest dotowany wcale. Przyjąwszy logikę Majcherka (logikę skądinąd wątpliwą) trzeba byłoby uznać, że emeryci słusznie czynią, nie chcąc przyjąć do wiadomości, że ich emerytury są zawyżone, a krzywdy, być może wcale nie są rzekome.

Nieco inaczej wygląda sprawa emerytur rolniczych. Fundusz Emerytalno-Rentowy Rolników niemal w całości dotowany jest z budżetu. Ale też trudno wyobrazić sobie, żeby mogło być inaczej. Emerytury rolnicze pobiera dziś pokolenie dostaw obowiązkowych; pokolenie, które sfinansować musiało intensywną industrializację kraju w okresie Planu Sześcioletniego i później; pokolenie, które dopiero od połowy lat siedemdziesiątych objęto systemem publicznej opieki zdrowotnej. Znaczna część spośród dzieci i wnuków tego pokolenia opuściła wieś i przeniosła się do miasta. Czyż można uznać za sprawiedliwe, że obowiązek alimentowania tych doświadczonych życiem mieszkańców wsi ciąży tylko na tej części, która pozostała na wsi? Jeśli tylko nie ma się dogmatycznych klapek na oczach, nie można tego uznać za sprawiedliwe, zaś wytykanie tym ludziom ich skądinąd nędznych emerytur jest w równym stopniu podłe, jak żałosne.

Kolejne, a może równorzędne, miejsce na czarnej liście J.A. Majcherka zajmują od lat rolnicy. Zawdzięczają to między innymi temu, że chociaż jest ich bardzo dużo (stanowią jedną piątą ogółu pracujących), to wytwarzają bardzo mało – zaledwie jedną dwudziestą piątą PKB. Otóż miara, wedle której JAM ocenia rolników tak surowo, jest absolutnie niewłaściwa.

Wielkość wytworzonego PKB w odniesieniu do jednego zatrudnionego w tej czy owej gałęzi gospodarki jest w pierwszym rzędzie funkcją wartości kapitału, jaki w niej jest zastosowany. Ale nierównomierny rozkład kapitału nie może przecież świadczyć o mniejszej lub większej przydatności pracowników. Fryzjer, na przykład, uzbrojony tylko w grzebień i nożyczki, w niewielkim stopniu przyczyni się do powiększenia PKB. Operator skomplikowanych automatów w fabryce samochodów przysporzy go bez porównania więcej. Czy wszakże można stąd wyprowadzić wniosek, że fryzjerzy są dla naszej gospodarki kłopotliwym balastem i należałoby ich raczej przekwalifikować na operatorów? Publicysta, który za całe wyposażenie ma długopis i kartkę papieru, ile może wytworzyć Produktu Krajowego? Najwyżej niedostrzegalną cząstkę. Czy na tej podstawie uznamy go za obywatela zbędnego?

Rolnicy zasłużyli sobie na krytykę także dlatego, że domagają się wyrównania szans w konkurencji z subwencjonowanymi rolnikami zachodnimi. Zdaniem J.A. Majcherka domagają się niesłusznie, ponieważ subwencje w Unii Europejskiej „być może wkrótce zostaną zlikwidowane”, a ponadto rolnicy już „otrzymują ogromne subwencje”, na dobitek „nie płacąc podatków i składek”. Być może subwencje dla rolnictwa w UE zostaną wkrótce zniesione. Być może – na razie jednak nic na to nie wskazuje. Tymczasem dotacje i subwencje stanowią w UE połowę dochodów tamtejszych rolników. Zniesienie wszelkich ograniczeń w handlu żywnością i płodami rolnymi wystawi rolników polskich na nieuczciwą i groźną konkurencję. Czyż można się dziwić, że bronią swojego interesu? Janusz Majcherek myli się twierdząc, że rolnicy w Polsce otrzymują „ogromne subwencje”. W takim sensie jak subwencje w UE, nie otrzymują ich w ogóle. Zdarza się co prawda nierzadko, że do subwencji dla rolnictwa zalicza się dotacje do Funduszu Emerytalno – Rentowego Rolników, ale ma to tyle samo sensu, co twierdzenie, że emerytury górników stanowią pomoc publiczną dla przemysłów wydobywczych, albo że emerytury dziennikarzy to dotacja dla wydawców gazet. Myli się także Janusz Majcherek, i to myli grubo, gdy twierdzi, że rolnicy „nie płacą podatków i składek”. Gros podatków zbieranych w Polsce to podatki pośrednie – VAT i akcyza. Te podatki płaci każdy, choć nie wszyscy – jakby można wnosić na podstawie wypowiedzi autora „Siły ułudy...” – są tego świadomi. Owszem, rolnicy nie płacą podatku od dochodów osobistych, ale płacą za to podatek rolny, którego dla odmiany nie płacą wszyscy inni. Płacą również składki ubezpieczeniowe (KRUS), a także, pośrednio, finansują składki na ZUS – te bowiem obciążają cenę każdego towaru znajdującego się w wiejskim sklepie.

Na czarnej liście znalazło się jednak całe społeczeństwo, no, może z wyjątkiem „reformatorów”. „Jako społeczeństwo żyjemy ponad stan” – stwierdza autorytatywnie

publicysta, a my wszyscy zaczynamy się wstydzić. Żyjemy ponad stan, ale właściwie na czyj koszt? Za granicą raczej nie pożyczamy; to i owo nawet się dzisiaj spłaca. W takim razie rozrzutny styl życia społeczeństwa finansować musi ktoś z wewnątrz kraju. Kto to taki? Z treści artykułu nie wynika to wprost, ale możemy się domyślać, że koszty utrzymania społeczeństwa obciążać muszą „reformatorów”.

„Jednym z rezultatów przeprowadzanych w Polsce od lat reform jest stopniowe ujawnianie, ile co naprawdę jest warte. Wielu Polaków nie chce tych wyników przyjąć do wiadomości.” Ba, nie tylko „wielu Polaków”, ale, o dziwo, sam autor tych słów nie chce ich przyjąć do wiadomości. Powiada bowiem, że „zarobki są zbyt wysokie w stosunku do produktywności pracy”. Mamy tu do czynienia z ciekawym zagadnieniem teoretycznym. Idzie o to – po pierwsze – w jaki sposób wyznaczać właściwy stosunek zarobków do produktywności pracy i – po drugie – jak egzekwować stosowanie wyznaczonej już wysokości zarobków. W wyniku przeprowadzonych reform wysokość zarobków reguluje rynek. Jeśli przedsiębiorca ustali je na poziomie w stosunku do produktywności pracy zbyt wysokim – zbankrutuje; jeśli poziom zarobków ustali zbyt wysoko państwo – skądinąd największy pracodawca – i będzie je finansować z dodruku pieniądza, to do właściwej wysokości sprowadzi je niezawodna w takich razach inflacja. Oczywiście, jest to sposób daleki od doskonałości, ale na razie, zdaje się, jesteśmy na niego skazani.

Janusz Majcherek daje do zrozumienia, że Polacy nie zaakceptowali reform przeprowadzonych w Polsce na przełomie lat 1989/1990. Było wprost przeciwnie. Polacy odnieśli się do nich z entuzjazmem, który, rzecz jasna, wygasał wraz upadkiem przemysłów właściwych dla gospodarki socjalistycznej. W ciągu trzech pierwszych lat nowego porządku pracę straciło 4,5 miliona ludzi. Dla większości z nich był to osobisty dramat. Mimo to zmiany zostały przyjęte ze zrozumieniem – nie było tu miejsca na społeczną rewoltę, żaden demagog nie wyprowadził zdesperowanych mas na ulicę. Ludzie musieli sobie radzić i radzili sobie. W krótkim czasie powstało blisko 2 miliony firm, w latach 1990-1997 znalazło w nich zajęcie pięć – sześć milionów pracowników. Reforma państwa przeprowadzona w latach 1989 i 1990 została w Polsce zasadniczo zaakceptowana; społeczeństwo umiało się w nowej rzeczywistości odnaleźć; dzięki wspólnemu wysiłkowi zmieniło się oblicze kraju. Już w połowie lat dziewięćdziesiątych Polska była postrzegana, także z zewnątrz, jako kraj niewątpliwego sukcesu.

Reformy usług społecznych, to zupełnie inny porządek. Nie można ich porównywać z tym co się w Polsce wydarzyło dziesięć lat wcześniej. Tamto, to była rewolucja ustrojowa, to – w

ramach ustabilizowanego systemu tylko zmiana organizacji jednego czy drugiego sektora. Zacznijmy od reformy emerytalnej. Pisze J. A. Majcherek, że reformę tę „blokowano”. Kto ją blokował? Politycy jednomyślnie forsowali ją w przyjętym ostatecznie kształcie. Zwykli ludzie, straszeni upadkiem dotychczasowego systemu, byli skłonni poprzeć zmiany. Dziś można żałować, że nikomu nie udało się reformy systemu emerytalnego w porę zablokować. System komputerowy, będący nieodzownym składnikiem nowej organizacji ubezpieczeń społecznych, zaczął funkcjonować dopiero w czwartym roku od wprowadzenia zmian! Ci, co zdecydowali o uruchomieniu reformy emerytalnej w 1999 roku zachowali się jak zawiadowca stacji odprawiający pociąg prowadzony przez ślepego maszynistę (innego nie było pod ręką), po to, żeby oszczędzić pasażerom spóźnienia. Opór wobec reformy? Chyba raczej entuzjazm, którego miarą był wybór II-go filara przez prawie wszystkich do wyboru uprawnionych. W tym wypadku na rozczarowanie przyjdzie jeszcze czas.

Reforma służby zdrowia mogła spotkać się z oporem środowisk, których interesy naruszała. Nie był to wszakże opór społeczny, ale opór grupy interesów. Jeśli reforma spotkała się z niechęcią ludności, to dlatego tylko, że utrudniła ludziom życie – zamiast, jak obiecywano, je ułatwić. „Ujawniły się prawdziwe koszty funkcjonowania placówek medycznych i ich sytuacja finansowa” – czytamy. Ale nic takiego się nie ujawniło. Prawdziwe koszty funkcjonowania placówek medycznych były znane przed reformą i składały się na nie środki pochodzące z budżetu powiększone o długi. Po reformie, koszty funkcjonowania placówek medycznych to suma środków przekazanych przez Kasy Chorych i długów tych placówek. Różnica polega na tym, że w starym systemie funkcjonował jakiś klucz, wedle którego adresowano środki budżetowe, a w nowym być albo nie być placówek służby zdrowia zawisło od widzimisię prezesa Kasy Chorych. O żadnym rynku usług medycznych w związku z reformą mowy być nie może. Nie ma go po prostu. Wbrew pozorom stary system był znacznie mniej podatny na wpływy polityczne, ponieważ to nie minister rozdzielał środki budżetowe. W rzeczywistości rozdzielały je lepsze czy gorsze procedury. Jakiś czas temu byłem uczestnikiem audycji radiowej, w trakcie której zatelefonowała słuchaczka wybierająca się do sanatorium leżącego, niestety, poza terytorium jej macierzystej Kasy. Słuchaczka martwi się czy, w przypadku gdy w sanatorium, nie daj Boże, zachoruje, znajdzie tam opiekę medyczną. Otóż, w myśl nowych przepisów nie znajdzie jej, jeśli jej przypadek nie będzie się kwalifikował jako „nagły”. Kiedy minister Łapiński chce temu idiotyzmowi położyć wreszcie kres, likwidując Kasy wraz z całą ich patologią, podnoszą się głosy świętego oburzenia, wmawiające opinii publicznej, że mamy do czynienia z zamachem na

demokrację, a cała władza nad służbą zdrowia przeniesie się do Wydziału Zdrowia Komitetu Centralnego SLD d. PZPR. Jeśli Polacy odnoszą się dzisiaj z niechęcią do reformatorów, to tylko dlatego, że ci dali się wszystkim nieźle we znaki.

Sprawy polskie stoją dzisiaj źle. Kuleje gospodarka, bezrobocie generuje napięcia społeczne. Słaba gospodarka i nienajlepsze nastroje sprawiają, że pogarsza się międzynarodowa sytuacja kraju. Proces naprawczy musi zacząć się od zidentyfikowania przyczyn zła. Można je dostrzegać w chciwości emerytów, zbyt wysokich wynagrodzeniach, bezczelnych żądaniach zbyt licznego chłopstwa czy, wreszcie, recesji w Niemczech. Jeśli je jednak tak zidentyfikujemy, to nic już zrobić się nie da. Jest to diagnoza paraliżująca, ale, na szczęście, nie jest prawdziwa. Zła sytuacja jest skutkiem błędów popełnionych przez polityków. Rzecz w tym, żeby wskazać jakie to błędy i powiedzieć w jaki sposób można je odwrócić. I to jest najtrudniejsze.

Reformy wymaga dzisiaj życie umysłowe w Polsce. Uwięzło ono w beznadziejnych schematach, jałowych i banalnych stwierdzeniach, obiegowych półprawdach. Myśl społeczna i polityczna pozbawione są cienia oryginalności, brakuje odwagi sądów. Jak różna to sytuacja od pełnego fermentu intelektualnego okresu lat osiemdziesiątych. Ale bez reformy życia umysłowego będziemy grzęznąć w gospodarczym marazmie i nieuchronnie przybliżać się do społecznej rewolty.

(„Pamflet na liberalnego publicystę”, Życie, 2-3.05.2002, 18.)

Krzysztof Dzierżawski

Reddit icon
Technorati icon
Yahoo! icon
e-mail icon
Twitter icon
Facebook icon
StumbleUpon icon
Del.icio.us icon
Digg icon
LinkedIn icon
MySpace icon
Newsvine icon
Pinterest icon

Ankieta

niedziela, 2018-08-12

Mariusz Łuszczewski ekspertem ds. relacji indyjskich

Mariusz Łuszczewski decyzją zarządu Centrum jest nowym ekspertem ds. relacji indyjskich. Oficjalne wręczenie tytułu eksperta miało miejsce 8 sierpnia 2018 roku.

niedziela, 2018-08-12

Spotkanie z Ambasadorem Indii J.E. Tsewangiem Namgyalem

9 sierpnia 2018 r. miało miejsce spotkanie z Ambasadorem Indii J.E. Tsewangiem Namgyalem (drugi od prawej) oraz Pierwszym Sekretarzem V.S.D.L. Surendra (czwarty od prawej) z ekspertem Centrum ds. relacji indyjskich Mariuszem Łuszczewskim (trzeci od prawej).

piątek, 2018-10-26

Informacja prasowa o stanie inicjatywy Centrum im. Adama Smitha w sprawie projektu ustawy dotyczącej podejmowania uchwał przez zgromadzenia wspólników przez Internet

W środę 10 października 2018 r. odbyło się spotkanie grupy roboczej złożonej z ekspertów Centrum im. Adama Smitha oraz przedstawicieli Kancelarii Prezydenta RP w sprawie projektu ustawy dotyczącego podejmowania uchwał przez zgromadzenia wspólników przez Internet.

Dyrektor Narodowej Rady Rozwoju, Samorządu i Inicjatyw Obywatelskich, Pan Paweł Janik wyraził podziękowanie...

niedziela, 2018-08-12

Mariusz Łuszczewski ekspertem ds. relacji indyjskich

Mariusz Łuszczewski decyzją zarządu Centrum jest nowym ekspertem ds. relacji indyjskich. Oficjalne wręczenie tytułu eksperta miało miejsce 8 sierpnia 2018 roku.

niedziela, 2018-08-12

Mariusz Łuszczewski ekspertem ds. relacji indyjskich

Mariusz Łuszczewski decyzją zarządu Centrum jest nowym ekspertem ds. relacji indyjskich. Oficjalne wręczenie tytułu eksperta miało miejsce 8 sierpnia 2018 roku.

niedziela, 2018-08-12

Spotkanie z Ambasadorem Indii J.E. Tsewangiem Namgyalem

9 sierpnia 2018 r. miało miejsce spotkanie z Ambasadorem Indii J.E. Tsewangiem Namgyalem (drugi od prawej) oraz Pierwszym Sekretarzem V.S.D.L. Surendra (czwarty od prawej) z ekspertem Centrum ds. relacji indyjskich Mariuszem Łuszczewskim (trzeci od prawej).