Centrum im. Adama SmithaPierwszy Niezależny Instytut w Polsce od 16 września 1989 roku

SŁOWA, SŁOWA, SŁOWA ...

Zdarza się niekiedy, że nazwa rzeczy lub pojęcia decyduje o tym co o tej rzeczy albo pojęciu myślimy, a czasem także o tym jak o nich myślimy. Bywa także, że nazwy te wprowadzają w błąd co do istoty przedmiotu, który opisują, albo kierują uwagę na jego cechy drugo- albo nawet trzeciorzędne. Ta przypadłość dotyczy niestety również ekonomii, w tym – tu podwójne niestety – jej podstawowych terminów.

Tak jest na przykład ze słowem „kapitalizm”, rozumianym jako nazwa systemu gospodarczego opartego na prywatnej własności dóbr i wolnorynkowej ich wymianie. Termin „kapitalizm” jest w takim rozumieniu tożsamy z terminem „gospodarka wolnorynkowa” lub wręcz „wolny rynek”. Teoretyczne podstawy dla wolnorynkowego systemu gospodarczego zbudował Adam Smith u schyłku XVIII wieku. Ale nazwę tego systemu zawdzięczamy Karolowi Marksowi, skądinąd również wybitnemu myślicielowi. Rzecz w tym, że marksowski „kapitalizm” odnosił się do pewnego porządku społeczno-politycznego, wynikającego z przyjętego przez uczonego podziału dziejów. Kapitalizm następował po feudalizmie, poprzedzał zaś socjalizm i cel historii – komunizm. Z punktu widzenia analizy politycznej nazwa „kapitalizm” nader celnie opisywała istotę tego ustrojowego porządku. Celnie, ponieważ władza polityczna należała do kapitału (czyli zbioru kapitalistów). O ile jednak „kapitalizm” dobrze opisuje polityczną naturę ustroju, o tyle w odniesieniu do jej aspektu gospodarczego jest całkowicie nietrafny. Termin „gospodarka kapitalistyczna” sugeruje, że jej istotą, czynnikiem sprawczym i pierwszą zasadą jest kapitał. W rzeczywistości – dowiódł tego Adam Smith w „Bogactwie narodów” – tą istotą, czynnikiem sprawczym i pierwszą zasadą jest praca. Praca i tylko ona jest źródłem bogactwa. Kapitał ma znaczenie drugorzędne, jest tylko sługą pracy (choć w stosunkach politycznych może być odwrotnie). Tylko praca jest twórcza i tylko ona przeto zdolna jest tworzyć (i utrzymywać stworzony wcześniej) kapitał. Termin „kapitalizm” jest więc dla opisania porządku gospodarczego, który się przezeń rozumie nieadekwatny. Więcej, jest fałszywy w tym sensie, że nieprawdziwie przedstawia jego istotę.

Nieco inny charakter ma nieporozumienie związane z terminem „konkurencja”. Otóż „konkurencja” przedstawiana jest jako najważniejsza cecha systemu wolnorynkowego. Jest tak postrzegana i przedstawiana, ale wcale nią nie jest. O ile Smith wskazał pracę jako jedyne źródło bogactwa, o tyle podział pracy jest wedle niego tym, co czyni pracę naprawdę efektywną. Jeśli uznamy słuszność spostrzeżenia Adama Smitha (a nie ma żadnego powodu, żeby je podważać), to stwierdzić musimy, że cechą dla tego systemu najważniejszą jest kooperacja. Dzieje się tak dlatego, że praca podzielona między wielu uczestników procesu produkcyjnego wymaga ich najściślejszego i zgodnego współdziałania. Wolny rynek nie jest – wbrew wyobrażeniom – areną walki, na której każdy każdemu z satysfakcją przegryza gardło. Wolny rynek to przede wszystkim pole współpracy. Przedsiębiorstwo konkuruje z dwoma-trzema innymi, ale współpracuje – z pięcioma tysiącami przedsiębiorstw (znakomitej większości z nich nawet nie znając)! Kooperacja nie przykuwa uwagi – po prostu jest, tak jak powietrze, którym oddychamy. Jej znaczenie uświadamiamy sobie wtedy dopiero, gdy okazuje się, że związki kooperacyjne nie funkcjonują należycie. Tak właśnie było w gospodarce centralnie planowanej i z tego powodu musiała ona upaść. Podział pracy określa sprawność gospodarki rynkowej, ale z drugiej strony wymaga współpracy. Zatem to zdolność do kooperacji wyznaczać będzie poziom sprawności gospodarki. Konkurencja jest tylko pochodną, echem tylko, systemu organizującego współpracę, jaki stanowi wolny rynek. Jego celem jest stworzenie warunków do kooperacji, konkurencja wynika z niego niejako przy okazji. Jest konsekwencją wolności dającej każdemu prawo do uczestnictwa w wymianie.

Inny problem natury semantycznej wiąże się z pojęciem gospodarki narodowej, zwłaszcza w aspekcie jej związków międzynarodowych. Gospodarka narodowa jest rozumiana na ogół jako superprzedsiębiorstwo, jako organizacja gospodarcza będąca zbiorem wszystkich przedsiębiorstw, w stosunkach z zagranicą występująca w ich imieniu. Widać to wyraźnie przy okazji zagranicznych wizyt o charakterze gospodarczym. W takich razach samolot prezydenta czy premiera wypełniają prezesi rozmaitych firm, ciężkiego na ogół kalibru. Premier czy prezydent pełnią w tych wypadkach rolę prezesów spółki akcyjnej „Gospodarka Polska”, a towarzyszą im dyrektorzy poszczególnych departamentów: stoczniowego (prezes stoczni), chemicznego (prezes odpowiedniego holdingu) itd., itp. Celem wizyty jest dobicie targu, zdobycie kontraktu – dla stoczni, holdingu, zjednoczenia, kompanii czy całej branży. Wszak to co dobre dla nich musi być dobre dla Polski, nieprawdaż?

W rzeczywistości gospodarka kraju wcale nie jest sumą przedsiębiorstw czyli superprzedsiębiorstwem. Jest czymś znacznie więcej i czymś zupełnie innym: jest środowiskiem, w którym przedsiębiorstwa funkcjonują i w którym są zanurzone. Jest eko(no)systemem – nie firmą. Prezydent czy premier nie odpowiadają za stan tej czy owej spółki – nawet jeśli jest ona największa i nawet wtedy, gdy jest to największa spółka państwowa. Prezydent czy premier odpowiadają za stan środowiska gospodarczego, za jakość prawa i instytucji regulujących funkcjonowanie przedsiębiorstw. To środowisko gospodarcze w największym stopniu powinno sprzyjać cnocie kooperacji. W stosunkach międzynarodowych owi mężowie stanu odpowiadają za poziom uczestnictwa kraju w międzynarodowym podziale pracy. Wszelkie bariery, jakie państwo ustanawia w celu ograniczenia swobód handlowych; bariery wznoszone zawsze w interesie partykularnym, pod pozorem „ochrony rynku” – te bariery z natury rzeczy obniżają zdolność do współpracy, redukują przeto podział pracy, a nieuniknioną tego postępowania konsekwencją musi być zmniejszenie bogactwa narodowego. Ten sam skutek będzie miało wspieranie wszelkiej „produkcji antyimportowej”. Wytwarzanie benzyny własnym sumptem, z rzepaku albo z kartofli, nie dlatego jest szkodliwe, że łamie konstytucyjne prawo do dwóch dystrybutorów (o ile ono w ogóle istnieje), ale dlatego, że ogranicza udział Polski w międzynarodowym podziale pracy.

Politycy mogą działać w interesie gospodarki narodowej przez tworzenie warunków sprzyjających podziałowi pracy zarówno wewnątrz kraju jak i w stosunkach zewnętrznych.

Nawiasem mówiąc, mogą to robić nie ruszając się z domu. Źle pojmują swoją rolę, gdy zamieniają się w komiwojażerów i usiłują sprzedać za granicą to czy owo (najczęściej zresztą bez rezultatu).

Na marginesie tego wywodu zwróćmy jeszcze uwagę na popularne sformułowanie „konkurencyjność gospodarki”. Jest ono oczywiście pochodną rozumienia gospodarki jako przedsiębiorstwa, które konkuruje z innymi przedsiębiorstwami – czyli z gospodarkami innych państw. Ponieważ jednak gospodarka przedsiębiorstwem nie jest, przeto z nikim konkurować nie może, samo zaś pojęcie „konkurencyjność gospodarki” jest zgoła nonsensowne.

Krzysztof Dzierżawski

Reddit icon
Technorati icon
Yahoo! icon
e-mail icon
Twitter icon
Facebook icon
StumbleUpon icon
Del.icio.us icon
Digg icon
LinkedIn icon
MySpace icon
Newsvine icon
Pinterest icon

Ankieta